niedziela, 27 września 2015

Arabska mentalność w pigułce

W czwartek zaczął się Eid. Jest to jedno z najważniejszych świąt obchodzonych przez muzułmanów, jeśli nie najważniejsze. Na tę okazję każdy winien sprawić sobie jakiś nowy ciuszek (ja również z tego względu postanowiłam obchodzić Eid:D) oraz jeśli rodzina jest w stanie ponieść większe koszta - zabić barana. Rytualne zabicie barana poprzez poderżnięcie mu gardła upamiętnia ofiarę jaką Abraham miał złożyć Bogu - swojego pierworodnego syna Ismaila. Tak, my Chrześcijanie wierzymy że chodziło o Izaaka, Muzułmanie wierzą że chodziło o Ismaila, syna poczętego z arabską niewolnicą, którego kolejnych 12 synów zapoczątkowało 12 arabskich plemion. Jedną trzecią barana oddaje się ubogim, jedną trzecią spożywa wraz z rodzinną a kolejną jedną trzecią oddaje krewnym. Eid trwa cztery kolejne dni i czasem bywa przyrównywany do naszego Bożego Narodzenia - w tym czasie także, otrzymuje się prezenty, przede wszystkim dzieci, jest dużo jedzenia i dużo odwiedzin. Ulice tętnią życiem do późnych godzin, a sprzyja temu pogoda, jest ciepło ale już nie upalnie. Po Eid ludzie zazwyczaj wciąż mają jeden dzień wolny żeby dojść do siebie po czterech wyczerpujących dniach jedzenia, picia i imprezowania:D

A my od tygodnia planowałyśmy z Karoliną wybrać się na wycieczkę, korzystając z wolnych dni;) Nasz super arabski kolega Naiyf zaproponował nam, że zabierze nas swoim samochodem do Wadi Rum - to taka skalista pustynia na południu Jordanii, gdzie mieszkał sobie niegdyś słynne Lawrence of Arabia i gdzie wciąż pomieszkują beduini, niestety coraz częściej dla celów turystycznych. Po Wadi Rum miałyśmy zażyć nieco morskiej kąpieli w Aqabie - turystycznej miejscowości leżącej nad zatoką morza czerwonego - jest to jedyne miejsce z dostępem do morza w Jordanii. Szczęśliwe przystałyśmy na jego propozycję, jednak kiedy przyszło nam rozmawiać o cenie tejże wojaży, nasza żydowskość wzięła górę i zaproponowałyśmy naszemu koledze, że na sam pobyt w Wadi Rum przyłączymy się do znajomych, którzy mają tam znajomych i dzięki temu płacą mniej. Nasz arabski kolega chętnie się zgodził, zapewniając jak to bardzo jest wobec nas szczery tylko po to, by następnego dnia stwierdzić że się wycofuje. Dlaczego? Niebiosa jeno wiedzą, bo ja na pewno nie. 

Tak więc we wtorek podczas gdy my przebrane w długie, czarne galabije i hidżaby udawałyśmy arabki i zwiedzałyśmy słynny meczet Króla Abd-Allaha, arabski kolega wystawiał nas do wiatru.



Jednak my, dzielne Polki, my się nie poddamy, parę godzin później już miałyśmy nakręcony plan B. Wedle planu B w środę, czyli następnego dnia miałyśmy jechać wraz z 3 innymi znajomymi do samego Wadi Rum, spędzić tam noc i następnego dnia wrócić. Samochodem znajomego znajomego znajomych;) Godzina 10 rano, Pan S'zofer podjeżdża osobówką i oznajmia że może zabrać tylko cztery osoby. A nas jest pięć. Co tu robić? Pan Arab nie wie, ale nie należy się martwić, bo inszaalla, coś się wykombinuje. Po dwóch godzinach i licznych telefonach okazało się, że jeszcze dwa dni temu Pan Szofer miał duży samochód, który spokojnie by na pomieścił, ale sprzedał go. Na szczęście nasze, kupiec dał się namówić na wypożyczenie nam owego, dwa dni temu kupionego samochodu, jednak, co na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą, postanowił również jechać z nami. Jako drugi kierowca. Jedną stroną twarzy już się ciesząc że: JEDZIEMY!!!, drugą przezornie zapytałam Pana Szofera, czy w takim razie cena pozostanie taka sama. Pan Arab utkwił wzrok w nieboskłonie pewno szukając objawienia i pomachał głową mówiąc nie, z jego ust zaś wypełzło małe OK OK. Aha, zapomniałabym dodać. Pan Arab ni słowa po angielsku nie kumał ani nie wypowiadał. Rozmowa toczyła się więc po arabsku, tudzież w bardziej dramatycznych i kryzysowych momentach telefonicznie, przez kolegę, my mu po angielsku on mu po arabsku i tą samą drogą z powrotem. Tak więc nasza wesoła piątka i dwóch kierowców ściśnięci w samochodzie ruszyliśmy w naszą podróż. Wspomnę jeszcze że jak Pan Arab Szofer zorientował się że coś tam po arabsku mówię, szybko mnie sobie upodobał i przez całą wycieczkę, co najmniej raz na półgodziny, budziło mnie: Bola, tłumacz! Bola, jak się masz? Bola ok, ok?...Tak, Bola to ja. Ja zaczęłam mówić eBola. Ale wracając do ceny. Ustalanie ceny z lokalsami to nie lada gratka. Dzień po powrocie miałam troszkę fixum dyrdum z załatwianiem transportu z i na lotnisko dla nowego wolontariusza, który przyjeżdżał z Chorwacji i obdzwoniłam w tym celu chyba z pół narodu. Było święto, wszyscy poza miastem, a jak w mieście, no to w święto chcą więcej pieniążka. Moja rozmowa z Panem Szoferem: Paula: Panie Abu ale jaka cena z i na lotnisko? Pan Szofer: ok, ok, żaden problem. P: No super że żaden problem ale ile dinarów??? PS: Żaden, problem, żaden problem, wszystko dobrze, Madam, wszystko dobrze. P: ....!!!!....!!!!....!!! Na gałązkę oliwną ILE!!! P.S: Ok, Ok, dobrze, Madam, dobrze, żaden problem....
I gadaj tu sobie...
Taka dłuższa dygresja a propos załatwiania czegoś z ludem arabskim, ale wróćmy do podróży. Po ok 5 godzinach i 7 postojach na: zapakowanie zapasowego koła, dokręcenie nowego koła, postój, kawę, postój, siku, itd. później, dotarliśmy na pustynię...




Powitał nas tam kolega naszego kolegi i przepakował na swojego pustynnego jeepa. Żeby nie było że wszystko tak łatwo i przyjemnie. Kolega wyglądał niczym Król Disco, miał długie włosy z grzyweczką wokół twarzy i kieckę w stylu Abby. Kiedy podjechaliśmy do bramy Wadi, podszedł do nas i coś tam mówił przez okno. My oczywiście, nie wiedząc że on to on, zaprawione w bojach poczęłyśmy go odganiać wykrzykując że nic nie chcemy kupować, nie potrzebujemy przewodnika, wielbłąda ani wózka widłowego i żeby dał nam spokój. Nawet nie wiecie jak wielkie było nasze zażenowanie, gdy się okazało że to jest właśnie nasz przewodnik który przyszedł nas przywitać...:D Ruszyliśmy przed siebie. Widoki były niesamowite. Pomarańczowe, wyczerpane palącym słońcem skały, żłobione bogato przez wiatr i być może niegdysiejszą wodę, na tle błękitnego, czystego nieba. Wokół cisza i piasek. Jeżdżąc sobie jeepem po pustyni zaliczyliśmy kilka postojów m.in na sandboarding, małą wspinaczkę, oraz miałyśmy okazję zobaczyć pozostałości po piśmie nabatejskim i wczesno-arabskim wyryte w skałach, co jest wyjątkowo cenne z punku widzenia naszych studiów:)
Po obejrzeniu malowniczego zachodu słońca przybyliśmy do małego obozu beduińskiego, gdzie czekały już na nas nasze namioty i kolacja. Beduini przyrządzają sobie posiłki kładąc jedzenie na gorących kamieniach, poukładanych w wykopanej wcześniej dziurze w ziemi. Po kilku godzinach i mięso i warzywa są już miękkie. Tak więc spożywałyśmy sobie naszą kolacyjkę, popijałyśmy super słodką herbatę z szałwią i relaksowałyśmy się po ciężkim dniu. Zamiast w namiotach postanowiłyśmy spać pod gołym niebem, coby obejrzeć gwiazdy. Wywlekłyśmy materace i koce (to prawda, nocą na pustyni jest zimno!) i usadowiłyśmy się wygodnie na środku obozowiska, oczywiście z dala od reszty, która zgromadziła się w kupę i tak zaległa parę metrów dalej. My miałyśmy swój prywatny kawałek pustyni. Ok. trzeciej w nocy obudziły nas dziwne warki i szczekanie, które jednak nie przypominało psiego szczekania. Głos dobiegał zza naszej łazienki. Niespełna minutę później zanim zdążyłyśmy się owego dźwięku przestraszyć ujrzałyśmy całą, pozostałą kupę turystów podrywających się w popłochu z miejsca i zwiewających do namiotów. Tak też stając się częścią masy i my postanowiłyśmy spanikować i na resztę nocy przenieść się do namiotu, tak na wypadek gdyby wilk/kojot/psokot/lis czy cokolwiek to było, miało jednak ochotę nas obwąchać bliżej.
Już dwie godziny później znów byłyśmy na nogach by przywitać przedzierające się przez skały, wschodzące słońce. W ogóle to śmiechowe że słońce zachodzi w trymiga ale już wschód zajmuje mu ze dwie godziny! Chociaż w sumie to nawet logiczne, zawsze zbiega się szybciej a wdrapuje wolniej. W każdym razie, po raz kolejny mogłyśmy powspinać się na skały, zobaczyć miejsca związane z panem Lawrence'm, nosicielem broni;) i ok. 12 w południe pakowałyśmy się już do naszego autka w drogę powrotną. Z rozrzewnieniem pożegnałyśmy piękną pustynię. Nie jestem w stanie opisać wrażenia, jakie na mnie zrobiła. Prostota i piękno, totalna cisza i spokój...Aż mi się na język suną pewne słowa z Biblii:)




Ale to nie koniec historii. W drodze powrotnej zaczynałam już powoli drzemać, gdy po godzinie jazdy zaczęliśmy zwalniać i wszyscy poczuliśmy zapach spalenizny. Finalnie, pośrodku pustyni samochód zaniemógł. I co teraz. Nie bez kozery na samym początku wpisu próbowałam nakreślić wagę święta Eid. Czwartek, pierwszy dzień Eidu. Dzień w którym wszyscy siedzą w domach z rodziną, wszystko jest zamknięte i my w zepsutym samochodzie pośrodku pustyni. Bajka! Cóż więc przyszło nam zrobić? Wysiedliśmy wszyscy z autka i zaczęliśmy go pchać wspak, pod prąd. Udało nam się przetransportować go na drugą stronę ulicy i odpalić silnik. Podejrzewaliśmy, że nasz kierowca spalił sprzęgło i skrzynia biegów nie działa, dlatego nie jesteśmy w stanie jechać pod górę. Zaczęliśmy się więc cofać z powrotem w stronę Wadi Rum. Po drodze zatrzymaliśmy się z pięć razy w różnych wioskach i gdy w końcu udawało nam się odnaleźć mechanika, (każdy w wieku ok 16 lat...) żaden z nich nie chciał, lub nie mógł nam pomóc. I tak w końcu dotarliśmy do Aqaby. (Gwoli wyjaśnienia: Amman, stolica Jordanii i moje obecne miejsce zamieszkania leży na północnym końcu kraju, Aqaba na południowym:D) W Aqabie Panowie Szoferowie pytali z dziesięć osób po drodze gdzie jest najbliższy mechanik, ale po przejechaniu 50m znów się gubili...W końcu udało nam się znaleźć mechanika, który zlitował się nad nami i zgodził naprawić naszą skrzynię biegów. Jego kolega upakował nas w 8 do osobówki i wywiózł nad morze:) Wysiedliśmy przy jakiejś prywatnej plaży, gdzie wstęp kosztował 40jd, tak więc już pewnie nie muszę dodawać że postanowiliśmy znaleźć jakąś darmową. Paula i Karolina, prowodyrki, ruszyłyśmy przed siebie, ale po chwili zorientowałyśmy się że nikt za nami nie idzie. Wracamy się więc i pytamy naszego kierowcy, na co czekamy? W odpowiedzi usłyszałyśmy: Wszystko dobrze, wszystko dobrze, za 5min przyjedzie kierowca z busem i pojedziemy na inną plaże. Jaki kierowca? Jakim busem? Co jest złego w tej plaży? Ta nie dobra, tamta czystsza, tu ludzie nie dobrzy...Ale my mamy tylko dwie godziny!?!?! Żaden problem, to 5min drogi stąd, żaden problem. 
I faktycznie. Za ok 5min podjechał jakiś Arab minibusem i zabrał nas na "inną plażę". Oczywiście, jak można się było spodziewać, droga trwała dłużej niż 5 min ale warto było. Plaża okazała się piękna a woda czyściutka. Paula i Karolina, dwa oszołomy które zobaczyły wodę, nie zważając na nic a już na pewno nie na Arabów wkoło, wskoczyły w kostiumy a potem pobiegły do wody. Żadna z nas, wielkich podróżniczek, nie wpadła na to że Aqaba leży nad zatoką Morza Czerwonego, i że jak Morze Czerwone to i rafy. Po ok 5min pluskania  w krystalicznie czystej i ciepłej wodzie usłyszałam krzyk Karoliny wołającej moje imię. Podpłynęłam bliżej a Karolina z zakrwawioną stopą w górze krzyczy: Paula, Paula, wyjmij to!!! Patrzę na stopę, a z niej wystaje ze trzydzieści czarnych kolców...Okazało się że Karolina nadepnęła na jeżowca! Wraz z Lukasem, kolegą z Niemiec wynieśliśmy ją na brzeg i spanikowani zastanawialiśmy się co robić. Nasi arabowie podbiegli do nas i jak zwykle: wszystko dobrze, wszystko dobrze, to nie problem...My spanikowani: szpital, szpital. Oni znów: to nie problem, wszystko dobrze, po czym zaczęli przypalać jej stopę papierosem! Tego było już za wiele. Odgoniłam ich i znalazłam jakiś policjantów na plaży, kazałam im dzwonić po karetkę i 5min później karetka była na plaży. Tak więc Karolina na karetkowym łożu, ja na siedzeniu obok pojechałyśmy do arabskiego szpitala. W drodze okazało się że panowie ratownicy nie mówiąpo angielsku, więc znów, arabski...Pierwsze pytanie jakie mi zadali po spisaniu danych z paszportu Karoliny było: Czy jesteście pewne że chcecie jechać do tego szpitala, bo to Islamski Szpital Wojskowy, jeśli wiecie co to znaczy. No pięknie. Karolina w bikini, ja w t-shirt-cie jedziemy sobie d Islamskiego Szpitala Wojskowego...Co w tym takiego niezwykłego? Po pierwsze kobiety, po drugie białe, po trzecie prawie nagie. Haram. Niedopuszczalne. Karolina została przykryta kocem a kiedy już znalazłyśmy się w szpitalu koc został zastąpiony szpitalnym prześcieradłem w taki sposób, aby przypadkiem żaden doktor i pielęgniarz nie zobaczył choćby kawałka nogi czy brzucha. Pan doktor kiedy ze mną rozmawiał patrzył się wszędzie, byle nie na mnie - prawie nagą białą kobietę! Oczywiście miałam na sobie koszulkę i spodenki, ale dla kultury muzułmańskiej to prawie jak nagość. Tutaj kobiety noszą rękawiczki nawet latem, coby nie pokazywać ciała. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie, ale w Islamskim Szpitalu Wojskowym....;)
Pan pielęgniarz opatrzył stopę i nakazał leczenie: moczenie w ciepłej wodzie;) Tak to właśnie działa, jak później wyczytałyśmy na forach. Miejsce z kolcami należy moczyć w ciepłej wodzie, oliwie, przykładać cytrynami i pomidorami - wszystko po to by zmiękczy wapienne kolce, aby ciało mogło samo się ich pozbyć. Ponieważ jednak rany były świeże i bolesne, Karolina miała dostać zastrzyk. W pupę. Należało więc znaleźć w tym celu jakąś pielęgniarkę, no bo jak to mężczyzna!?!?! Pani pielęgniarka wykonała zastrzyk, ale zanim to się stało zostałyśmy zamknięte w pokoju na klucz od środka, na wypadek, gdyby jakiś mężczyzna przez przypadek wszedł do sali!!!!;)
Pielęgniarka pozwoliła Karolinie ubrać się w spokoju i po chwili byłyśmy już gotowe opuścić tenże przybytek:) Zadzwoniłyśmy do reszty i okazało się że i nasz samochód jest już gotowy, możemy więc wracać do Ammanu! Podjechali po nas pod szpital, a tam w samochodzie jakiś dwóch obcych mężczyzn spogląda na nas z okna?!? Mechanicy, postanowili jechać z nami. Pewnie chcieli zobaczyć te sieroty które podczas dwugodzinnego pobytu w Aqabie zdążyły odwiedzić szpital:D Wysiedli parę metrów dalej a my pojechaliśmy do Ammanu! Szczęśliwie droga powrotna przebiegała już spokojnie poza tym, że niemiłosiernie się dłużyła! Co robią znudzone cztery baby na tylnych siedzeniach? Zaczęłyśmy śpiewać;) Dosłownie wszystko. Piosenki z bajek, z radia, z reklam:) Naszych dwóch kierowców i Lukas, którzy siedzieli z przodu na początku śmiali się i cieszyli z naszych dobrych humorów. Po pół godziny miny im już zrzedły...:)
I tak powróciłyśmy do Ammanu ok 11 w nocy;) To dopiero była podróż. Za zdecydowanie więcej niż jeden uśmiech;)







wtorek, 15 września 2015

Arabska gościnność, arabskie jedzenie, arabskie slow life...

Umawiamy się na 16:30. Godzinę później: "już jadę, jadę...". 
Pobyt w kraju arabskim to nic innego jak życiowa lekcja cierpliwości. U mnie kończy się ona na zagryzaniu warg, tępieniu zębów i robieniu dziury w ziemi butami. Za każdym razem, kiedy umawiam się  z przedstawicielem tutejszej kultury, czy to młodym, czy to starym, czy to wykształconym, czy prostym, czy mężczyzną czy kobietą...muszę mieć z tyłu głowy złożone zagadnienie arabskiego poczucia czasu. Arabskie poczucie czasu jest silnie związane z uprawianym przez nich bezwiednie i naturalnie, trendem "slow life", który to trend Europejczycy i Amerykanie próbują usilnie wprowadzić do swojej kultury w obecnych czasach. U Arabów on po prostu jest. Nikt się nad nim nie zastanawia, nikt też specjalnie nie próbuje go zmienić. Tutaj nikt nigdzie się nie spieszy, wszystko będzie zrobione "In-szaa-allah", czyli jak Bóg pozwoli. Umawiamy się na 4, inszaallah, pewnie o 5:30 przyjdzie, jeśli w ogóle, no bo przecież jeśli Bóg nie pozwoli no to cóż...siła wyższa, nic nie poradzisz przyjacielu. 
Tak więc gdy wreszcie po półtorej godziny od umówionego spotkania samochód podjechał, z wrażenia aż zapomniałam telefonu, no bo Alhamdu-allah, wreszcie jest! (czyli Dzięki Bogu, i tak na marginesie wystarczy znać te dwie frazy i można przeżyć w Arabowie :D) Dzwonię więc, że za godzinę - półtorej będę, bo na tyle właśnie planowana była podróż, ale nie...nie zapominajmy gdzie jesteśmy. Po drodze należy wstąpić do piekarni by kupić 100 siatek chleba i uciąć półgodzinną pogawędkę ze sprzedawcą, po co się spieszyć, slow life, alhamdu-allah. Następnie należy się zatrzymać u ogrodnika bo ciocia, czyli siódma siostra mamy piątego wujka taty brata któregoś z Muhammadów zażyczyła sobie bardzo konkretne wymiary jaśminu w doniczce. Więc należy spokojnie wyjść z samochodu, i spokojnie szukać, i spokojnie porównywać, i spokojnie zastanawiać się czy aby na pewno to te wymiary, i należy jeszcze co najmniej trzy razy do owej ciotki zatelefonować, aby się upewnić i potwierdzić zamierzony zakup. Na koniec nie zapominajmy o półgodzinnej pogawędce. No jak tak można bez pogawędki! 
Jedziemy dalej, zbliżamy się do umówionego miejsca i...tu pojawia się problem. Bo tu nie ma adresów. Mieszka się gdzieś koło ronda, przy dobrych wiatrach przy jakiejś ulicy. Ale numer domu i mieszkania? Hm...ja do tej pory nie znam adresu swojego ammańskiego mieszkanka. Wiem mniej więcej gdzie leży i to koniec mojej wiedzy:D Tak więc dojechaliśmy do ronda, które nam wskazano. Czekamy, czekamy...może to nie ta apteka. Jedziemy na drugą stronę ronda, znów czekamy. Piąta rozmowa telefoniczna z dokładnym opisem miejsca. I nic. Po niespełna godzinie jednak doszliśmy do porozumienia że to nie to rondo al-madina al-sinaija, tylko to drugie. Jak się nazywa? No chyba tak samo, tylko że jest małe a to przy którym my byliśmy jest duże:D Potem okazało się że być może i jest różnica w nazwie, ale miejscowi nie przywiązują do niej wagi, wciąż na tapecie było pytanie: ale to jest to małe rondo, czy to duże:D


Na słynnym rondzie w oczekiwaniu (w drodze z, bo w drodze do było już całkowicie ciemno)

W drodze powrotnej: czekaj na nas na rondzie o 10:10. O 10:20: Gdzie jesteście? Za 10 min będziemy. Byli o 10:57. 

Taki to ten arabski slow life jest. W wolne dni dozwolone jest biegać i do 2-3 w nocy by później spać do południa, a śniadanie jeść o 16. Jak trzeba szybciutko biec po jogurt do śniadania (he? szybciutko? biec?:D) to najpierw należy pobawić się z kolegą^^. Takie życie z naszej perspektywy wydaje się mało efektywne, ponieważ w naszym życiu działają nieco inne motywacje niż u Arabów. Dla nas istotna jest produktywność i wydajność, organizacja czasu i pracy. Usprawniamy proces, by poprawić wynik, jesteśmy zdyscyplinowani i od czasu do czasu nagradzamy się chwilą szaleństwa, czyli wyjściem na kawę z przyjaciółką albo spaniem do 9 zamiast 6-7. Tutaj coś zgoła innego gra pierwsze skrzypce. Tu ważne są relacje, tu liczą się ludzie.
Kiedy przybyłam do nieznanych sobie wcześniej ludzi na dzień dobry zostałam wyściskana, gorąco powitana, zapewniona że ich dom jest moim domem i zaproszona do pokoju gościnnego gdzie wszyscy czekali na mnie z obiadem. W Polsce też czasami to słyszę, ale wynika to albo z naszego poczucia że wypada, kurtuazja z mody nie wychodząca, albo jeśli są to szczere słowa, to ich siła i wydźwięk, oraz dopełnienie tych słów czynem nijak się ma do tego, co zapewniają Arabowie. Tu naprawdę czułam się jak u siebie w domu, jak członek wielkiej familii, gdzie każdy do każdego kilka razy dziennie mówi: bhybbyk, habibti, gelbi, hajati, helue i wiele wiele innych, czyli tyle co kocham Cię, moje kochanie, moje serduszko, świecie mój, moje powietrze, słodziutka moja itd. Powtarzam, każdy do każdego. Powitania i pożegnania są długie i rzewne, kilka razy dziennie należy się przytulić i ucałować, gdy wychodzi się z domu należy sobie życzyć wszystkiego co najlepsze, kazać na siebie uważać i zapewnić o modlitwie. I uwierzcie mi, nie są to tylko puste słowa. Tam ludzie naprawdę wyrażają swoje uczucia i emocje i naprawdę troszczą się o siebie, pomagają sobie nawzajem. W ich domach panuje ciepła, rodzinna atmosfera, pełna wzajemnej życzliwości i miłości. Dla nas, materialistów i karierowiczów to niezła odmiana. 
Ale wróćmy do śniadania. 
Na podłodze dzieciaki rozkładają folię i w mgnieniu oka ląduje na nich tuzin dań różnej maści: hummus, falafel, ful, zatar, oliwa z oliwek, kwaśny jogurt, gęsty serek biały, sałatka warzywna, sałatka z oliwek, dużo chlebka pita, omlet z pomidorami i cebulką....do tego woda, herbata czy inne napoje. Rodzina siada wokół tej uczty i urywając kawałki chlebka pita kosztuje raz po raz po trochu każdego ze specjałów. Zakładam że jest ich o wiele wiele więcej i mam nadzieję odkryć większość podczas mojego pobytu w Jordanii;) Arabowie uwielbiają jedzenie, jedzą dużo, ale wszystko to jest bardzo zdrowe, poza tym nikt tu nie dba specjalnie o linię, no bo w jakim celu, skoro krągłości nigdy nie wyszły tu z mody? Po śniadaniu kawusia. Aha, zapomniałabym. Wszystkiemu towarzyszą rozmowy i śmiechy. Następnie mężczyźni wychodzą a kobiety biorą się za obiad;)



Moja radość mówi sama przez się, poza tym ja w ogóle uwielbiam śniadania!

Nie zrozumcie mnie źle, mogłam zabrzmieć stereotypowo: mężczyźni out a kobiety do garów. Opowiadam o dniu wolnym, gdy zjechało się trochę rodziny i należy zrobić coś specjalnego. Ale faktycznie jest tak, że kobiety gotują i lubią to. To właśnie wypływa z tych więzi, z tej miłości. Przygotowanie takiego skomplikowanego i czasochłonnego posiłku, jakim był obiad, o czym zaraz, to nic innego jak wyraz miłości dla rodziny. Poza tym gotowanie nie polega na tym, że mama w pocie czoła stoi przy garach, nie. Warzywa bierze się do salonu, i krojąc i konwersując można śmiać się do rozpuku, oglądać telewizję czy śpiewać. Mama, córki - wszyscy pomagają!  
Na obiad miałam okazję pomóc w przygotowaniu: dawaali, czyli liście winogron zwinięte w malusie ruloniki, z nadzieniem w postaci ryżu pomieszanego z mielonym mięsem i przyprawami. Ruloniki są następnie zalewane wodą, pomidorami i kolejnymi przyprawami i gotowane lub pieczone. Przygotowanie ich zajmuje bardzo dużo czasu, ale są tu bardzo lubiane. Oprócz dawaali jest też saari ddżadż, czyli kurczak z cebulką w takiej przepysznej zalewie, oraz qusa mahszi, czyli ichniejsze malutkie cukinie, wydrążone i nadziane również ryżem i mięsem mielonym i zatkane liściem winogrona. Mniam.





Po obiadokolacji: kawa/herbata i....shisha! I tu znów wychodzi arabski slow life. Cała rodzina siedzi w salonie, pije kawę lub słodką herbatę koniecznie z miętą lub szałwią, pychotka! Kobiety palą sziszę, mężczyźni papierosy, dzieci biegają po dworze lub tarasie. Następnie można dodać sobie rozrywki i przyozdobić dłonie henną. Mama rozrabia proszek w kolorze khaki z wodą, następnie z foliówki i taśmy tworzy rożek, odcina końcówkę i gotowe - henniarka nadaje się do pracy;) Występują trzy rodzaje henny. Czerwona, najjaśniejsza ale i najzdrowsza. Otrzymywana bezpośrednio z wysuszonych liści, podobno ma zbawienne działanie na organizm. Pomaga odprowadzać z niego ciepło podczas gorączki czy w upalne dni. Jest też czarna i brązowa. Te dwie mają już dodatek barwnika i nie zawierają właściwości leczniczych, za to pięknie barwią skórę i włosy. Arabki uwielbiają przyozdabiać się henną, zresztą nie tylko henną, mają piękne szale, kolczyki, zawsze nienaganny i mocny makijaż, pełno bransolet i naszyjników. 
Gdy henna utleniła się już na skórze, można trochę potańczyć. Rodzinny belly dance? Czemu nie, tu tylko taki, i uwaga uwaga! Mężczyźni lepiej kręcą biodrami niż kobiety!;)


Taki oto hennowy makijaż spoczywa teraz na mojej dłoni, z tym że wykonany jest czerwoną henną i jest jeszcze ładniejszy niż na obrazku!;)


sobota, 12 września 2015

Sok z cukru, niekończące się sprzątanie i rozmowy zawsze kończące się na religii

Gdy małe dzieci cieszą się z czegoś, powiększają im się gałki oczne, buzia otwiera, ślinka ulatuje a łapki próbują klaskać. Tak oto właśnie wyglądałam, gdy mój arabski kolega Nayif kupił nam podczas wieczornego spaceru po centrum Ammanu kubek soku z cukru. Tak właśnie, soku z cukru. No dobra, trochę bujam. Sok właściwie pochodził z trzciny cukrowej, miał smak mało dojrzałego banana w połączeniu z ananasem, był pieruńsko (wybaczcie kolokwializm) słodki i całkiem smaczny. Choć chyba tylko mnie smakował (i to wcale nie dlatego że ja rzekomo lubię wszystko co inne a już w szczególności wszystko co arabskie:D). Nie sam sok jednak cieszył mnie tak bardzo, a sposób w jaki był robiony;) Wyobraźcie sobie wielkie badyle wkładane do dużej maszynki do mięsa, wydającej odgłos niczym mały motocykl, z której wychodzi mały kranik. Po odkręceniu kranika do szklanki pan Arab wlał mętny, zgniło-żółto-zielony soczek. Yummy!





Pan Arab odkręca kranik, a ponad kranikiem sterczy kawałek badyla, z którego robiony jest sok. Obok - stado badyli na sok!;)



Amman nocą jest wyjątkowo urokliwy. W odróżnieniu od innych miast arabskich jest czysty. No dobrze, czystszy. Nie ma tu walających się wszędzie śmieci. Właściciele sklepów i kawiarni dbają o swoje miejsca. Tunis, Kair, Beirut - równie duże i ciekawe bliskowschodnie stolice mogą czasem przypominać jedno wielkie wysypisko śmieci. Dosłownie. W krajach o słabo rozwiniętej gospodarce sektor służb porządkowych jest zapewne na szarym końcu potrzeb, a i sami mieszkańcy nie dążą do poprawy jakości i czystości swojego otoczenia. Podobnie jest w domach, z tą różnicą, że brudzi się bardzo dużo: wszystkie śmieci, okruszki lądują na podłodze, ale podłogę tę przy dobrych wiatrach raz dziennie się zamiata/odkurza. Ale to oczywiście generalizacja, wciąż mam nadzieję trafić do arabskiego, pedantycznego domu, aby tym wyjątkiem potwierdzić regułę;) Keep your fingers crossed:D 
Pisząc Amman, mam również na myśli te części które zdołałam zobaczyć czy to z okien busów i taksówek, czy przechadzając się po nich. Pewnie gdzieś istnieje jakaś mała uliczka-śmietniczka, ale takie ogólne wrażenie - Amman jest czystszy. 
No właśnie, kiedy jesteśmy przy temacie czystości, to pragnę opowiedzieć Wam historię czterech kopciuszków, które przez pięć godzin w pocie czoła szorowały kuchnię i łazienkę w swoim Ammańskim mieszkanku. Nigdy nie widziałam tylu centymetrów brudu, pooblepianych nim mebli i sprzętów, nie wspominając o pożółkłych od tłuszczu ścian. Kuchnie arabskie nie mają wentylacji, cały tłuszcz na którym się smaży osadza się gdzie tylko może. Byłam przerażona! Szorowałam jak szalona, a wciąż nie zdałam testu białej rękawiczki! uh... Żałuję teraz że nie zrobiłam zdjęcia przed i po, ale nic to. 
O co właściwie chodzi z tym porządkiem? Dlaczego Arabowie są brudni?;) (Widzę w tym momencie ucieszone miny moich kolegów którzy na Arabów mówią: brudasy) Mam na to kilka tez. Klimat jaki tu panuje jest bardzo gorący i duszący. Niewielka ilość roślinności i deficyt wody tworzą krajobraz pełen piachu i suchoty. Piach ten i kurz unosi się w powietrzu i osadza na wszystkim. Dostaje się do wnętrz przez okna i jest wnoszony przez ludzi, poprzyczepiany do ubrań i butów. Odrobina wody i wszędobylski kurz staje się błotkiem. Skala zakurzowania (nie zakurzenia, bo to nie jest taki kurz jak u nas, to taki kurz piaskowy, pył) jest tu ogromna, chcąc więc utrzymać nieskazitelność siebie i domu trzeba by cały czas sprzątać. Po każdym wejściu do domu, otworzeniu okna. Wydaję mi się, że Arabowie po prostu już przywykli. A ich maniera rzucania śmieci na ziemie i śmiecenia wkoło? To chyba też kwestia wychowania i przyzwyczajenia. A co z poczuciem estetyki? I tu pomysły mi się kończą. Jedyne usprawiedliwienie jakie podsuwa mi głowa to to, że przy takim natężeniu słońca naprawdę trudno o wysiłek fizyczny, a jeśli ten wysiłek miałyby się nie kończyć, bo jak pisałam wcześniej, brud tu się po prostu samoistnie odnawia, ludzie pewnie dali za wygraną i przyjęli postawę: whatever... Ciekawe ile czasu ja wytrzymam jako desperate housewife:D 




Zdjęcia zrobione z okna mojego mieszkania. Ta biała mgła ponad budynkami to nic innego jak kurz, pył i piach.


A na koniec wprowadzając po trochu do tematu kolejnego wpisu, który będzie poświęcony jedzeniu <3, opowiem o mojej wycieczce po street falafel. Nieopodal mojego mieszkanka znajdują się obok siebie dwa małe foodziarnie z falafelem. W jednej falafel w bułce kosztuje 0,500JD, równowartość 3zł;) a w drugiej 1JD i ten jest fajniejszy - ma w środku więcej smaków i jest w takim fajnym chlebko-naleśniko-picie. Od razu zaznaczę. To jest niebywałe aby znaleźć tak tanie jedzenie w Ammanie, Amman jest baaardzo drogi, droższy nawet niż Madryt! Jest najdroższym Arabskim miastem, ale o tym już chyba wspominałam. Nie mniej, takie miejscówki jak widać istnieją, trzeba je tylko znaleźć. Właściciel, przesympatyczny pan, zawsze ucina sobie z nami pogawędkę częstując nas to soczkiem, to hummusem, to fryteczkami. Kiedy po raz pierwszy tam trafiłam rozmawialiśmy o różnych rzeczach i już miałam nadzieję, że rozmowa nie stanie się "so typical" ale niestety. Jak to często bywa zaczynając od falafela skończyliśmy na religii. Jest to zjawisko które obserwuję od jakiegoś czasu. Arabowie islamizują, a nawet jak mówią że nie islamizują to i tak rozmawiają o religii i nadają tej rozmowie konkretny ton, w którym Islam jest tą lepszą;) I tu muszę oddać sprawiedliwość. Coraz częściej spotykam ludzi nie dotkniętych tą przypadłością, co bardzo mnie cieszy. Ale Pan Falafelarz niestety, jest tym który z gracją baletnicy schodzi na tory religijne. Kiedyś nie miałam problemu aby na takie tematy rozmawiać. Dziś jest to już dla mnie męczące. Męczące głównie dlatego, że często niektórzy Arabowie słuchają odpowiedzi nie po to aby poznać czyjąś opinię, ale po to by dać własną kontr-odpowiedź, a on trochę do takich należy. Co nie umniejsza mu życzliwości i gościnności. I talentu do robienia falafela!


Jedliście kiedyś falafel z cytryną i miętą? ;)

wtorek, 8 września 2015

I nastał poranek, dzień pierwszy

Drodzy i Kochani!

Moja szalona głowa znów obmyśliła kolejną akcję i tak też właśnie rozpoczął się mój 6-miesięczny projekt w Jordanii.
Z tej okazji postanowiłam prowadzić bloga, którego założyłam rok temu coby dać upust swoim kłębkom (np nerwów, emocji, włosów, sierści etc.) ale moja ekstrawertyczna natura nie zdzierżyła pisaniny i wolała wyładowania on the spot, więc blog umarł zanim ożył, ale wskrzeszam go;)
Także czujcie się zaproszeni, wy którzy tu wchodzicie śledzić moje Jordańskie poczynania! Aha. Właśnie. Możecie też pisać do mnie - co u Was, jak Polska, jak mój ukochany Kraków, możecie też zostawiać mi uwagi co do mojej pisaniny. Nie planuje kariery dziennikarskiej ani pisarskiej ale jeśli już mam tu systematycznie tworzyć, to mogę się przy okazji nauczyć robić to lepiej;)

Zimna i deszczowa Warszawa zdecydowanie ułatwiła wyjazd z kraju. Na lotnisku przemarzłam siedząc w swetrze, polarze i kurtce, które później musiałam upychac w bagażu podręcznym gdy wylądowaliśmy w Atenach;) Na wyjazd wybrałam opcję: cold-hearted snake, co znaczy tyle co rozważne papa, zero romantycznych i tkliwych chlipań. Na zewnątrz rzecz jasna. Tak, tak, poszłam na łatwiznę, o wewnątrz nic nie napisze:D Lot greckimi liniami był miły i sprawny, dostałam obiadek, jakieś napoje, kulturalnie i szybko. Ateny powitały mnie ciepełkiem i pierwszymi problemami.

Paula znana z tego że jest żydem, wybrała opcję bez transferu, która była tańsza, a różniła się tylko tym, że musiałam przejść raz jeszcze check-in i ponownie nadać bagaż. Ale że miałam kupę czasu na przesiadkę nie był to problem. Problem pojawił się gdy odebrałam maila od Ayi, która miała odebrać nas z lotniska, w mailu pisała, że jednak tego nie zrobi i że mamy wziąć autobus. Zapytałyśmy czy jest pewna że nocne autobusy kursują. Stwierdziła że nie kursują;) Więc mamy wziąć taksówkę. Dokąd? Mamy dać taksówkarzowi numer Ayi i ona mu wszystko wytłumaczy, po czym wysłała nam zdjęcie drzwi naszego domu. Adres? Nie, not Arab style:D Na szczęście jedna z wolontariuszek, Klara, zlitowała się nad nami (i jej arabski kolega posiadający samochód) i przyjechali po nas.

Zawsze marzyłam, żeby ktoś powitał mnie na lotnisku trzymając kartkę z moim imieniem. Wyszłam z terminala, szukam kartki ale nie widzę. Smuteczek, rozglądam się za Klarą, gdy nagle słyszę - ktoś mnie woła i macha kartką z moim imieniem!!! <3 Marzenie się spełniło, niestety nie było tego dramatyzmu co na filmach bo nie ogarnęłam tej kartki i dopiero kartka musiała mnie gonić. Właściwie nas. Bo jestem tu z Karoliną. Ale i tak marzenie spełnione:D)

Amman. Co nas powitało? Burza piaskowa, wszędzie kurz, piach i duchota. Takie ciepłe powitanie;)
Okazało się że Ahmad, kolega z samochodem jest całkowicie wstawiony, więc prowadziła Klara. Był też Adam. Adam z Iraku, Ahmad z Libii. W Jordanii trudno o Jordańczyków.
Oszczędzę opisów drogi, bo przez cały czas modliłam się żeby nie zginąć. Arabowie tak jeżdżą, wygląda na to że znajomi Arabów też. Ściganie, trąbienie, zakręty...
Dojechałam, poznałam swoje współlokatorki - z Estonką mieszkam w pokoju, ma na imię Christina, obok mieszkają Dunka i Niemka. International flat, me gusta. W mieszkaniu obok nas też mieszanka <3 Kiedy już udało mi się położyć do łóżka i zacząć zasypiać...odezwał się Azan, czyli nawoływanie do modlitwy. Bardzo rzewne i zaciągające;) I koniec spania;)

Po kilku godzinach moje emocje obudziły ciało i tak rozpoczął się pierwszy dzień w Jordanii. Zaliczyłam spacer po okolicy, nie za wiele widziałam bo wszędzie kurz i piach, zdążyłam załamać się kilka razy aktualnym kursem walut i drożyzną (wg statystyk Amman jest najdroższym arabskim miastem)i kupić kilka warzyw i owoców na lokalnym targu (o targu i zasadach ekonomii tu wynalezionych kiedy indziej;))

Nic to, notka urosła mi do eseju a przede mną jeszcze zwiedzanie Ammanu nocą dzięki Nayfowi, który jest mentorem (lokalny opiekun) Christiny, z którą mieszkam. Więc pewnie zostawię sobie ten smaczek na jutro;)

Ściskam mocno, kisski f'all :*