W czwartek zaczął się Eid. Jest to jedno z najważniejszych świąt obchodzonych przez muzułmanów, jeśli nie najważniejsze. Na tę okazję każdy winien sprawić sobie jakiś nowy ciuszek (ja również z tego względu postanowiłam obchodzić Eid:D) oraz jeśli rodzina jest w stanie ponieść większe koszta - zabić barana. Rytualne zabicie barana poprzez poderżnięcie mu gardła upamiętnia ofiarę jaką Abraham miał złożyć Bogu - swojego pierworodnego syna Ismaila. Tak, my Chrześcijanie wierzymy że chodziło o Izaaka, Muzułmanie wierzą że chodziło o Ismaila, syna poczętego z arabską niewolnicą, którego kolejnych 12 synów zapoczątkowało 12 arabskich plemion. Jedną trzecią barana oddaje się ubogim, jedną trzecią spożywa wraz z rodzinną a kolejną jedną trzecią oddaje krewnym. Eid trwa cztery kolejne dni i czasem bywa przyrównywany do naszego Bożego Narodzenia - w tym czasie także, otrzymuje się prezenty, przede wszystkim dzieci, jest dużo jedzenia i dużo odwiedzin. Ulice tętnią życiem do późnych godzin, a sprzyja temu pogoda, jest ciepło ale już nie upalnie. Po Eid ludzie zazwyczaj wciąż mają jeden dzień wolny żeby dojść do siebie po czterech wyczerpujących dniach jedzenia, picia i imprezowania:D
A my od tygodnia planowałyśmy z Karoliną wybrać się na wycieczkę, korzystając z wolnych dni;) Nasz super arabski kolega Naiyf zaproponował nam, że zabierze nas swoim samochodem do Wadi Rum - to taka skalista pustynia na południu Jordanii, gdzie mieszkał sobie niegdyś słynne Lawrence of Arabia i gdzie wciąż pomieszkują beduini, niestety coraz częściej dla celów turystycznych. Po Wadi Rum miałyśmy zażyć nieco morskiej kąpieli w Aqabie - turystycznej miejscowości leżącej nad zatoką morza czerwonego - jest to jedyne miejsce z dostępem do morza w Jordanii. Szczęśliwe przystałyśmy na jego propozycję, jednak kiedy przyszło nam rozmawiać o cenie tejże wojaży, nasza żydowskość wzięła górę i zaproponowałyśmy naszemu koledze, że na sam pobyt w Wadi Rum przyłączymy się do znajomych, którzy mają tam znajomych i dzięki temu płacą mniej. Nasz arabski kolega chętnie się zgodził, zapewniając jak to bardzo jest wobec nas szczery tylko po to, by następnego dnia stwierdzić że się wycofuje. Dlaczego? Niebiosa jeno wiedzą, bo ja na pewno nie.
Tak więc we wtorek podczas gdy my przebrane w długie, czarne galabije i hidżaby udawałyśmy arabki i zwiedzałyśmy słynny meczet Króla Abd-Allaha, arabski kolega wystawiał nas do wiatru.
Jednak my, dzielne Polki, my się nie poddamy, parę godzin później już miałyśmy nakręcony plan B. Wedle planu B w środę, czyli następnego dnia miałyśmy jechać wraz z 3 innymi znajomymi do samego Wadi Rum, spędzić tam noc i następnego dnia wrócić. Samochodem znajomego znajomego znajomych;) Godzina 10 rano, Pan S'zofer podjeżdża osobówką i oznajmia że może zabrać tylko cztery osoby. A nas jest pięć. Co tu robić? Pan Arab nie wie, ale nie należy się martwić, bo inszaalla, coś się wykombinuje. Po dwóch godzinach i licznych telefonach okazało się, że jeszcze dwa dni temu Pan Szofer miał duży samochód, który spokojnie by na pomieścił, ale sprzedał go. Na szczęście nasze, kupiec dał się namówić na wypożyczenie nam owego, dwa dni temu kupionego samochodu, jednak, co na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą, postanowił również jechać z nami. Jako drugi kierowca. Jedną stroną twarzy już się ciesząc że: JEDZIEMY!!!, drugą przezornie zapytałam Pana Szofera, czy w takim razie cena pozostanie taka sama. Pan Arab utkwił wzrok w nieboskłonie pewno szukając objawienia i pomachał głową mówiąc nie, z jego ust zaś wypełzło małe OK OK. Aha, zapomniałabym dodać. Pan Arab ni słowa po angielsku nie kumał ani nie wypowiadał. Rozmowa toczyła się więc po arabsku, tudzież w bardziej dramatycznych i kryzysowych momentach telefonicznie, przez kolegę, my mu po angielsku on mu po arabsku i tą samą drogą z powrotem. Tak więc nasza wesoła piątka i dwóch kierowców ściśnięci w samochodzie ruszyliśmy w naszą podróż. Wspomnę jeszcze że jak Pan Arab Szofer zorientował się że coś tam po arabsku mówię, szybko mnie sobie upodobał i przez całą wycieczkę, co najmniej raz na półgodziny, budziło mnie: Bola, tłumacz! Bola, jak się masz? Bola ok, ok?...Tak, Bola to ja. Ja zaczęłam mówić eBola. Ale wracając do ceny. Ustalanie ceny z lokalsami to nie lada gratka. Dzień po powrocie miałam troszkę fixum dyrdum z załatwianiem transportu z i na lotnisko dla nowego wolontariusza, który przyjeżdżał z Chorwacji i obdzwoniłam w tym celu chyba z pół narodu. Było święto, wszyscy poza miastem, a jak w mieście, no to w święto chcą więcej pieniążka. Moja rozmowa z Panem Szoferem: Paula: Panie Abu ale jaka cena z i na lotnisko? Pan Szofer: ok, ok, żaden problem. P: No super że żaden problem ale ile dinarów??? PS: Żaden, problem, żaden problem, wszystko dobrze, Madam, wszystko dobrze. P: ....!!!!....!!!!....!!! Na gałązkę oliwną ILE!!! P.S: Ok, Ok, dobrze, Madam, dobrze, żaden problem....
I gadaj tu sobie...
Taka dłuższa dygresja a propos załatwiania czegoś z ludem arabskim, ale wróćmy do podróży. Po ok 5 godzinach i 7 postojach na: zapakowanie zapasowego koła, dokręcenie nowego koła, postój, kawę, postój, siku, itd. później, dotarliśmy na pustynię...
Powitał nas tam kolega naszego kolegi i przepakował na swojego pustynnego jeepa. Żeby nie było że wszystko tak łatwo i przyjemnie. Kolega wyglądał niczym Król Disco, miał długie włosy z grzyweczką wokół twarzy i kieckę w stylu Abby. Kiedy podjechaliśmy do bramy Wadi, podszedł do nas i coś tam mówił przez okno. My oczywiście, nie wiedząc że on to on, zaprawione w bojach poczęłyśmy go odganiać wykrzykując że nic nie chcemy kupować, nie potrzebujemy przewodnika, wielbłąda ani wózka widłowego i żeby dał nam spokój. Nawet nie wiecie jak wielkie było nasze zażenowanie, gdy się okazało że to jest właśnie nasz przewodnik który przyszedł nas przywitać...:D Ruszyliśmy przed siebie. Widoki były niesamowite. Pomarańczowe, wyczerpane palącym słońcem skały, żłobione bogato przez wiatr i być może niegdysiejszą wodę, na tle błękitnego, czystego nieba. Wokół cisza i piasek. Jeżdżąc sobie jeepem po pustyni zaliczyliśmy kilka postojów m.in na sandboarding, małą wspinaczkę, oraz miałyśmy okazję zobaczyć pozostałości po piśmie nabatejskim i wczesno-arabskim wyryte w skałach, co jest wyjątkowo cenne z punku widzenia naszych studiów:)
Po obejrzeniu malowniczego zachodu słońca przybyliśmy do małego obozu beduińskiego, gdzie czekały już na nas nasze namioty i kolacja. Beduini przyrządzają sobie posiłki kładąc jedzenie na gorących kamieniach, poukładanych w wykopanej wcześniej dziurze w ziemi. Po kilku godzinach i mięso i warzywa są już miękkie. Tak więc spożywałyśmy sobie naszą kolacyjkę, popijałyśmy super słodką herbatę z szałwią i relaksowałyśmy się po ciężkim dniu. Zamiast w namiotach postanowiłyśmy spać pod gołym niebem, coby obejrzeć gwiazdy. Wywlekłyśmy materace i koce (to prawda, nocą na pustyni jest zimno!) i usadowiłyśmy się wygodnie na środku obozowiska, oczywiście z dala od reszty, która zgromadziła się w kupę i tak zaległa parę metrów dalej. My miałyśmy swój prywatny kawałek pustyni. Ok. trzeciej w nocy obudziły nas dziwne warki i szczekanie, które jednak nie przypominało psiego szczekania. Głos dobiegał zza naszej łazienki. Niespełna minutę później zanim zdążyłyśmy się owego dźwięku przestraszyć ujrzałyśmy całą, pozostałą kupę turystów podrywających się w popłochu z miejsca i zwiewających do namiotów. Tak też stając się częścią masy i my postanowiłyśmy spanikować i na resztę nocy przenieść się do namiotu, tak na wypadek gdyby wilk/kojot/psokot/lis czy cokolwiek to było, miało jednak ochotę nas obwąchać bliżej.
Już dwie godziny później znów byłyśmy na nogach by przywitać przedzierające się przez skały, wschodzące słońce. W ogóle to śmiechowe że słońce zachodzi w trymiga ale już wschód zajmuje mu ze dwie godziny! Chociaż w sumie to nawet logiczne, zawsze zbiega się szybciej a wdrapuje wolniej. W każdym razie, po raz kolejny mogłyśmy powspinać się na skały, zobaczyć miejsca związane z panem Lawrence'm, nosicielem broni;) i ok. 12 w południe pakowałyśmy się już do naszego autka w drogę powrotną. Z rozrzewnieniem pożegnałyśmy piękną pustynię. Nie jestem w stanie opisać wrażenia, jakie na mnie zrobiła. Prostota i piękno, totalna cisza i spokój...Aż mi się na język suną pewne słowa z Biblii:)
Ale to nie koniec historii. W drodze powrotnej zaczynałam już powoli drzemać, gdy po godzinie jazdy zaczęliśmy zwalniać i wszyscy poczuliśmy zapach spalenizny. Finalnie, pośrodku pustyni samochód zaniemógł. I co teraz. Nie bez kozery na samym początku wpisu próbowałam nakreślić wagę święta Eid. Czwartek, pierwszy dzień Eidu. Dzień w którym wszyscy siedzą w domach z rodziną, wszystko jest zamknięte i my w zepsutym samochodzie pośrodku pustyni. Bajka! Cóż więc przyszło nam zrobić? Wysiedliśmy wszyscy z autka i zaczęliśmy go pchać wspak, pod prąd. Udało nam się przetransportować go na drugą stronę ulicy i odpalić silnik. Podejrzewaliśmy, że nasz kierowca spalił sprzęgło i skrzynia biegów nie działa, dlatego nie jesteśmy w stanie jechać pod górę. Zaczęliśmy się więc cofać z powrotem w stronę Wadi Rum. Po drodze zatrzymaliśmy się z pięć razy w różnych wioskach i gdy w końcu udawało nam się odnaleźć mechanika, (każdy w wieku ok 16 lat...) żaden z nich nie chciał, lub nie mógł nam pomóc. I tak w końcu dotarliśmy do Aqaby. (Gwoli wyjaśnienia: Amman, stolica Jordanii i moje obecne miejsce zamieszkania leży na północnym końcu kraju, Aqaba na południowym:D) W Aqabie Panowie Szoferowie pytali z dziesięć osób po drodze gdzie jest najbliższy mechanik, ale po przejechaniu 50m znów się gubili...W końcu udało nam się znaleźć mechanika, który zlitował się nad nami i zgodził naprawić naszą skrzynię biegów. Jego kolega upakował nas w 8 do osobówki i wywiózł nad morze:) Wysiedliśmy przy jakiejś prywatnej plaży, gdzie wstęp kosztował 40jd, tak więc już pewnie nie muszę dodawać że postanowiliśmy znaleźć jakąś darmową. Paula i Karolina, prowodyrki, ruszyłyśmy przed siebie, ale po chwili zorientowałyśmy się że nikt za nami nie idzie. Wracamy się więc i pytamy naszego kierowcy, na co czekamy? W odpowiedzi usłyszałyśmy: Wszystko dobrze, wszystko dobrze, za 5min przyjedzie kierowca z busem i pojedziemy na inną plaże. Jaki kierowca? Jakim busem? Co jest złego w tej plaży? Ta nie dobra, tamta czystsza, tu ludzie nie dobrzy...Ale my mamy tylko dwie godziny!?!?! Żaden problem, to 5min drogi stąd, żaden problem.
I faktycznie. Za ok 5min podjechał jakiś Arab minibusem i zabrał nas na "inną plażę". Oczywiście, jak można się było spodziewać, droga trwała dłużej niż 5 min ale warto było. Plaża okazała się piękna a woda czyściutka. Paula i Karolina, dwa oszołomy które zobaczyły wodę, nie zważając na nic a już na pewno nie na Arabów wkoło, wskoczyły w kostiumy a potem pobiegły do wody. Żadna z nas, wielkich podróżniczek, nie wpadła na to że Aqaba leży nad zatoką Morza Czerwonego, i że jak Morze Czerwone to i rafy. Po ok 5min pluskania w krystalicznie czystej i ciepłej wodzie usłyszałam krzyk Karoliny wołającej moje imię. Podpłynęłam bliżej a Karolina z zakrwawioną stopą w górze krzyczy: Paula, Paula, wyjmij to!!! Patrzę na stopę, a z niej wystaje ze trzydzieści czarnych kolców...Okazało się że Karolina nadepnęła na jeżowca! Wraz z Lukasem, kolegą z Niemiec wynieśliśmy ją na brzeg i spanikowani zastanawialiśmy się co robić. Nasi arabowie podbiegli do nas i jak zwykle: wszystko dobrze, wszystko dobrze, to nie problem...My spanikowani: szpital, szpital. Oni znów: to nie problem, wszystko dobrze, po czym zaczęli przypalać jej stopę papierosem! Tego było już za wiele. Odgoniłam ich i znalazłam jakiś policjantów na plaży, kazałam im dzwonić po karetkę i 5min później karetka była na plaży. Tak więc Karolina na karetkowym łożu, ja na siedzeniu obok pojechałyśmy do arabskiego szpitala. W drodze okazało się że panowie ratownicy nie mówiąpo angielsku, więc znów, arabski...Pierwsze pytanie jakie mi zadali po spisaniu danych z paszportu Karoliny było: Czy jesteście pewne że chcecie jechać do tego szpitala, bo to Islamski Szpital Wojskowy, jeśli wiecie co to znaczy. No pięknie. Karolina w bikini, ja w t-shirt-cie jedziemy sobie d Islamskiego Szpitala Wojskowego...Co w tym takiego niezwykłego? Po pierwsze kobiety, po drugie białe, po trzecie prawie nagie. Haram. Niedopuszczalne. Karolina została przykryta kocem a kiedy już znalazłyśmy się w szpitalu koc został zastąpiony szpitalnym prześcieradłem w taki sposób, aby przypadkiem żaden doktor i pielęgniarz nie zobaczył choćby kawałka nogi czy brzucha. Pan doktor kiedy ze mną rozmawiał patrzył się wszędzie, byle nie na mnie - prawie nagą białą kobietę! Oczywiście miałam na sobie koszulkę i spodenki, ale dla kultury muzułmańskiej to prawie jak nagość. Tutaj kobiety noszą rękawiczki nawet latem, coby nie pokazywać ciała. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie, ale w Islamskim Szpitalu Wojskowym....;)
Pan pielęgniarz opatrzył stopę i nakazał leczenie: moczenie w ciepłej wodzie;) Tak to właśnie działa, jak później wyczytałyśmy na forach. Miejsce z kolcami należy moczyć w ciepłej wodzie, oliwie, przykładać cytrynami i pomidorami - wszystko po to by zmiękczy wapienne kolce, aby ciało mogło samo się ich pozbyć. Ponieważ jednak rany były świeże i bolesne, Karolina miała dostać zastrzyk. W pupę. Należało więc znaleźć w tym celu jakąś pielęgniarkę, no bo jak to mężczyzna!?!?! Pani pielęgniarka wykonała zastrzyk, ale zanim to się stało zostałyśmy zamknięte w pokoju na klucz od środka, na wypadek, gdyby jakiś mężczyzna przez przypadek wszedł do sali!!!!;)
Pielęgniarka pozwoliła Karolinie ubrać się w spokoju i po chwili byłyśmy już gotowe opuścić tenże przybytek:) Zadzwoniłyśmy do reszty i okazało się że i nasz samochód jest już gotowy, możemy więc wracać do Ammanu! Podjechali po nas pod szpital, a tam w samochodzie jakiś dwóch obcych mężczyzn spogląda na nas z okna?!? Mechanicy, postanowili jechać z nami. Pewnie chcieli zobaczyć te sieroty które podczas dwugodzinnego pobytu w Aqabie zdążyły odwiedzić szpital:D Wysiedli parę metrów dalej a my pojechaliśmy do Ammanu! Szczęśliwie droga powrotna przebiegała już spokojnie poza tym, że niemiłosiernie się dłużyła! Co robią znudzone cztery baby na tylnych siedzeniach? Zaczęłyśmy śpiewać;) Dosłownie wszystko. Piosenki z bajek, z radia, z reklam:) Naszych dwóch kierowców i Lukas, którzy siedzieli z przodu na początku śmiali się i cieszyli z naszych dobrych humorów. Po pół godziny miny im już zrzedły...:)
I tak powróciłyśmy do Ammanu ok 11 w nocy;) To dopiero była podróż. Za zdecydowanie więcej niż jeden uśmiech;)













