niedziela, 24 stycznia 2016

Nie dowierzam, czyli Paula poszła na Graduation Party

Studia na Bliskim Wschodzie - dosyć obszerny temat, nie będę się rozpisywać;)
W Jordanii, podobnie jak wszędzie, występują dwa typy uczelni wyższych - prywatne i publiczne. Najbardziej poważany w całym kraju to Uniwersytet Jordański, następnie plasuje się Science & Technology Univesity w Irbid i Hashemite University w Zarce, później Yarmouk University również w Irbid.  Trzeba dodać, że są to rankingi ogólne, gdyż każdy kierunek i specjalność ma pewnie nieco inne statystyki, jednak zazwyczaj Uniwersytet Jordański będzie zajmował pierwsze miejsce.
Co się studiuje w Jordanii? Wszystko oczywiście, ale jeśli chodzi o męską część społeczeństwa to 90 jego procent dzieli się pomiędzy lekarzy i inżynierów. Z przewagą inżynierów:D I to nie tylko statystyki, co poznaję nowego mieszkańca Jordanii (nie, nie Jordańczyka, już gdzieś wcześniej pisałam jak się ma sprawa narodowości w tym kraju), to jest to zazwyczaj inżynier, czasem lekarz, a jeden na piętnastu będzie jakimś menagerem.
Z tego co udało mi się wywiedzieć, poziom medycyny jest tu dobry, dlatego lekarze z Jordanii masowo wyjeżdżają i zasilają kliniki w całym regionie. Co do inżynierii, nie wiem, ale chyba też nie jest najgorzej. Przynajmniej na tych czołowych uczelniach. A co studiują dziewczyny? W sumie to trudno mi powiedzieć, bo nie mam tu za wiele koleżanek (z Arabkami trudno się kumplować, ale o tym w jednym z następnych postów). Te które znam skończyły finanse i rachunkowość, bankowość, anglistykę.

Middle East University - prywatny uniwersytet który miałam okazję odwiedzić

Nikt nie chce tutaj zostać nauczycielem (pozdrawiam rodziców i ich koleżanki:D). Dlaczego? Pensja nauczycielska jest jedną z najniższych w kraju. Nie owijając w bawełnę, nie pozwala przeżyć. Jest dużo poniżej średniej krajowej. Dlaczego tak jest? To dobre pytanie, na które nikt nie potrafił mi odpowiedzieć. Z tego można wywnioskować, że poziom edukacji w publicznych szkołach nie jest zachwycający. Ale są też prywatne, te należą do lepszych. Szkoła amerykańska, oksfordzka...szkoda tylko, że te szkoły w żaden sposób nie przyczyniają się do rozwoju państwa...
Aby studiować, należy zdać słynne tutaj na cały region egzaminy, odpowiednik polskiej matury, zwane "tawjehami". Jest to zmora i bolączka wszystkich uczniów szkół średnich, gdyż znacznie decyduje o dalszej przyszłości. Tylko Ci z najwyższymi wynikami mogą sobie pozwolić na studia na Uniwersytecie Jordańskim. Oczywiście to także zależy od kierunku. Inżynieria lądowa, jeden z bardziej obleganych kierunków. Najlepiej wykładany na Uniwersytecie Jordańskim, drugi w kolejce jest Hashemite University w Zarce. Mój kolega zdobył 94/100 punktów z tawjehów. Studiował w Zarce...Więc na tym kierunku, żeby studiować na Uniwersytecie Jordańskim trzeba zdobyć więcej...

Paula w Science & Technology University - zostałam gościnnie zaproszona aby opowiedzieć studentom o moich problemach i wyzwaniach przy nauce j.arabskiego

I po tym miłym wstępie przejdę do sedna;) Otóż kilka dni temu mój znajomy z Libii, obecnie mieszkający i studiujący tu, w Jordanii, zaprosił mnie na swój Graduation Project Seminar, czyli coś w rodzaju obrony pracy licencjackiej. Entuzjastycznie wskoczyłam w elegancką kieckę i czekam na kolejnego znajomego, który miał mnie zabrać swoim autkiem. Jak się okazało, owy Uniwersytet, prywatny o niezbyt dobrej sławie, położony jest dobry kawał drogi za Ammanem i dlatego miejscowi prześmiewczo nazywają go uniwersytetem beduińskim!;) Dotarliśmy na miejsce, piękny rozległy kampus pośrodku pustyni (!), wbiegamy do środka, bo jak to zwykle bywa z arabskim poczuciem czasu przybyliśmy spóźnieni, wchodzimy na salę i...
Wydawać by się mogło, że tego typu imprezy utrzymane są w nieco patetycznym, akademickim stylu, pełne napięcia i powagi, stresu i hierarchii społecznej. Tak przynajmniej ja zapamiętałam swoją obronę oraz obrony znajomych. A tu nic podobnego. Zanim zacznę opisywać to kuriozum zwane obroną napomknę, drodzy czytelnicy, że przez cały czas moja buzia i oczy były szeroko rozdziawione, i raz po raz rzucałyśmy sobie, z moją koleżanką z Duńskiej mniejszości w Niemczech, pełne zdziwienia i czasem trwogi spojrzenia. 
Kiedy weszliśmy na salę, prezentacja (o dziwo!) już się rozpoczęła. Na podium u szczytu audytorium stało czterech przystojnych młodzieńców w jednakowych odcieniach garniturów, za nimi migotał obraz z rzutnika, po ich lewej stronie ustawiony był komputer, podłączony do rzutnika, do komputera zaś podłączony był telefon. Przed podium, w pierwszym rzędzie usadowiło się grono profesorskie, i na tym etapie nic nikogo nie dziwi. Za ciałem pedagogicznym natomiast, na niedbale poustawianych krzesełkach siedli goście. Choć siedli, to zdecydowanie niepoprawna koniugacja tegoż czasownika. Goście siadali. Siadali z impetem, z całą gamą odgłosów, tupnięć, szturchnięć i zgrzytów. Siadali przez cały czas trwania prezentacji. Siadali i wstawali, chodzili, rozmawiali przez telefon, robili sobie zdjęcia i "strzelali selfie", szeleścili papierkami po cukierkach, rozpychali się, wchodzili i wychodzili, gadali, śmiali się....
Kiedy weszłam na salę nie było żadnego wolnego miejsca. Mój kolega wyszeptał, żebym weszła wgłąb sali, jakiś młodzieniec na pewno mi ustąpi. Mnie i mojej koleżance, o której wcześniej wspomniałam, która chodzi o kulach z nogą w gipsie, konieczne więc było, by zasiadła. Tak też się stało, kilka młodzieńców poczęło wstawać ze swych siedzisk cobyśmy my mogły zająć owe miejsca, robiliśmy wszyscy przy tym średnio umiarkowany szum, za co raczyłam wszystkich wkoło swoją przepraszającą miną i wyszeptanym co jakiś czas "afwan". Usiadłyśmy, odetchnęłyśmy i już chcemy słuchać o projekcie naszego Ahmada, gdy drzwi otwierają się z hukiem, i na sale wchodzi istny cyrk. Pierwszy wszedł Pan Super Cwany Arab, w atramentowym gajerku, czarnych okularach ala motocyklista, żując zawadiacko gumę tak, by wszyscy mogli dostrzec jej obecność pomiędzy jego zębami. Pierwsze co zrobił gdy wszedł, to sobie zdjęcie, potykając się przy tym o dwa krzesełka które głośno wyraziły swój sprzeciw za takie traktowanie. Następnie wbiegło grono dzieci, szturchając po drodze wszystkich siedzących, krzycząc coś do Pewnie Taty i robiąc jeszcze więcej szumu. Za nimi wkroczyła Matrona Jej Pulchność Babcia Arabska, w tradycyjnej, jordańskiej kiecce, zawodzącym głosem śpiewając jakieś muzułmańskie pieśni. Ta postać jest jednak warta by pochylić się nad nią dłużej. Babcia Arabska bowiem gdy idzie to nie patrzy i nie dba i nie zastanawia się. Między innymi gdzie wchodzi, co strąca, kogo potrąca. Ona po prostu niczym spycharka toruje sobie drogę (o skali odgłosów nie muszę wspominać) i co najlepsze! wszyscy inni także torują przed nią drogę! Taka to właśnie jest hierarchia w krajach arabskich, że ludzie starsi traktowani są z nieudawanym szacunkiem, poważani i uznawani za tych najmądrzejszych i którym należy się najlepsze traktowanie! Ale o babciach i dziadziach arabskich kiedy indziej, wróćmy na salę obrony.
Kiedy już cała rodzina usadowiła się, Pan Super Cwany Arab jeszcze co najmniej trzy razy wstał by porobić zdjęcia. Ale nie prezentującym! Sobie i swojej rodzinie! A jaki był z siebie zadowolony! Wspomniałam że nieśli ze sobą ze dwa bukiety, trzy torby z czekoladkami i 5 balonów z helem z hasłami gratulacyjnymi. Cały ten ekwipunek dosłownie wtłoczyli ze sobą na salę;) Dzieciaki też nie raz podniosły się z miejsca i biegały tam i z powrotem jak kijanki w kałuży.
Po krótkiej chwili ciszy i spokoju, podczas której wreszcie mogłam skupić się na omawianym projekcie dyplomowym chłopaków, na salę wtargnęło trzech młodzieńców z aparatem, reszta ich świty została za drzwiami, które trzymali otwarte. Śmiali się, rechotali, gadali, jeden drugiego zdzielił po karku...trzech zaś, którzy weszli na salę nie zostawali w tyle, robili dokładnie to samo, plus zdjęcia. 


Ahmad - już po obronie

Podobne ewenementy miały miejsce jeszcze wiele, wiele razy podczas prezentacji. Aż w końcu chłopaki skończyli. Czego dotyczył ich projekt? Zaprojektowali mobilną aplikację, której celem jest ułatwienie studentom transportu na Uniwersytet z różnych miejsc w Ammanie, a także kilka linii i przystanków transportu publicznego, które można w przyszłości rozbudować. Teraz zrobię coś bardzo złego i powiem prawdę. Nie zaprojektowali tylko zapłacili za zaprojektowanie, ale to już między nami, poza tym wszyscy dobrze wiemy że i w Polsce spory procent studentów nie pisze własnych prac licencjackich czy magisterskich. Ale to taka degresja na marginesie.
Po zakończonej prezentacji projektu wszyscy zostali wyproszeni z audytorium, a komisja omawiała wraz z chłopakami ich projekt. To co działo się na korytarzu, wszechobecne papierosy, dzieci, śmiechy, gwizdy i oczywiście głośne rozmowy, to tylko przedsmak tego co zaraz miało nastąpić. Gdy tylko drzwi sali zostały otwarte, cały tłum wcześniej rozpierzchnięty po korytarzach, teraz skłębił się przed drzwiami i począł na nie napierać. My weszłyśmy na końcu i oczom naszym ukazała się sala pełna powywracanych krzesełek i tłum ludzi obejmujący "obronionych", cykający zdjęcia, krzyczący, śpiewający, śmiejący się, kobiety wydawały charakterystyczne dźwięki przy pomocy ust i języka. Cały ten tłum klaszczący, śpiewający i wiwatujący wylał się na korytarz, w powietrze (na korytarzu) wystrzeliwano petardy, więc cały tłum został obleczony pachnącym dymem i przechodząc przez cały kampus w końcu wydostał się na zewnątrz budynku. A na zewnątrz...
Czterech obronionych towarzystwie innych kolegów stanęło na wysokim murku, klaskali i śpiewali, a wszyscy pozostali zgromadzili się przed murkiem niczym przed sceną i wtórowali obronionym, również klaszcząc i śpiewając! Wszyscy się śmiali, tańczyli, było głośno i radośnie!

świętowanie czas zacząć!

Nagle, cały ten śpiew i oklaski zostały uciszone, a  tłum uformował koło, skupiając się wokół jednej osoby. To Matrona Jej Pulchność Babcia Arabska rozpoczęła swój recital! Zawodząc i wyjąc inicjowała tradycyjne, muzułmańskie pieśni tak skonstruowane że jedna osoba zaczyna reszta jej odpowiada. Wszyscy pokornie uciszali się nawzajem, nikt się nie śmiał, nie szydził, i cała szalona młodzież odpowiadała na wyjce Babi Arabskiej. A Babcia Arabska ani nie myślała kończyć. Takie pieśni zazwyczaj liczą sobie dobre parędziesiąt zwrotek! W końcu gdy wyczerpał jej się repertuar młodzi porwali licencjatów z murka, i na swoich barkach nieśli ich aż poza bramy uniwersytetu. Po drodze obsypali ich sztucznym śniegiem i tonami konfetti;) Na zewnątrz campusu, gdy tylko niesione sylwetki przeszły przez bramę, roztrąbiły się klaksony samochodów, z sześciu chłopa na motorach dodawało gazu warcząc i bucząc i robiąc wokół kupę dymu. Siostry i matki rozdawały wszystkim puszki z sokiem i knafe, tradycyjne arabskie słodycze, zabawie i radości nie było końca. W bardzo powolnym tempie całą ta biba przenosiła się do samochodów a samochodami w inne miejsca imprezowania. Ale podkreślam bardo powoli, bo staliśmy tam chyba ze dwie godziny z bawiącym się tumem, pożerając knafe i cukierki;)

 niesieni na barkach, śniegiem sypani - licencjaci

 motocykliści robią zadymę;)

 i nie tylko motocykliści!

 tradycyjna knafe dla gości

 Ahmad i jego siostra - popraweczki przed sesją zdjęciową:)))

 był i Pan na koniu, bo to przecież środek pustyni:)

Takie to właśnie wyjątkowe przeżycie spotkało mnie ostatnio. Do dziś nie mogę uwierzyć w to wszytko, co tam zobaczyłam! Już sama nie wiem, co mnie bardziej zaskoczyło, sama obrona, czy biba poobronna;) Jedno muszę przyznać. Choć nie wyobrażam sobie prezentowania pracy w takich warunkach, to braku stresu, spiny i sztucznego patosu uniwersyteckiego im zazdroszczę!;)


piątek, 8 stycznia 2016

Wędrówki palestyńskie. Ramallah

Święta w Betlejem, Święta w Jerozolimie! Chyba od początku moich bliskowschodnich voyage'y marzyłam o spędzeniu Świąt tam gdzie narodził się Jezus! Kiedy w październiku wyjazd stanął pod znakiem zapytania, opadła na mnie zasłona smutku i milczenia:D
Finalnie, na początku grudnia, trochę szaleńczo zadecydowałyśmy: jedziemy!


Gdzie śpimy? Na couchsurfing'u oczywiście! Jak podróżujemy? Busami, może stopem...;)


Dzień przed wyjazdem przygotowałam placuszki z tartej cukinii z cebulką, złapałam kilka torebek polskich zup "instant", zgarnęłam śpiwór, co najmniej 5 swetrów, paszport, aparat i w drogę! Poziom mojej ekscytacji był wyjątkowo wysoki! Bardzo wczesnym rankiem złapałyśmy taksówkę i ruszyłyśmy w stronę islamskiego szpitala, skąd odjeżdżały jett-busy na most Hussayna - przejście graniczne z Palestyną (zwane również przejściem granicznym z Izraelem). Swoją drogą islamski szpital już na zawsze budził będzie we mnie miłe wspomnienia, pamiętacie moje przygody z Aqaby?:D

Zakupiłyśmy bilety - elegancko - imienne:D i ruszyłyśmy! W miarę gdy zbliżałyśmy się do granicy rosło natężenie słońca i temperatury na zewnątrz, (wtedy jeszcze nie wiedziałam że pożałuję wzięcia pięciu swetrów zamiast jednej pary okularów przeciwsłonecznych!) a krajobraz stawał się coraz bardziej górzysty. 


I granica. Zanim opiszę cały proces przejścia przez granicę, muszę nadmienić pewne obostrzenia do jakich musiałyśmy się zastosować na co najmniej dwie doby przed. Brzmi poważnie, a jest to wręcz kuriozalne! Otóż jak wiadomo, w Jordanii pracuję z uchodźcami, głównie z Palestyny i z Syrii. Wiadomo także że (nowo)twór Izrael nie uznaje poprzedniego właściciela owych ziem, na których stacjonuje, czyli Palestyny, oraz neguje wszystkie pro-palestyńskie działania. Zdarzyło się już tak nie raz w przeszłości, że nawet obywatele USA czy Europy w jakiś mniejszy lub większy sposób powiązani ze sprawą Palestyny lub z samymi Palestyńczykami, nie byli wpuszczani na tereny kontrolowane przez Izrael. Izraelczycy mają bardzo rozbudowany system przeszukiwania informacji osobowych, dlatego też przed wyjazdem zmuszona byłam zlikwidować wszystkie możliwe konta internetowe, które po nitce do kłębka doprowadziłyby służby graniczne do mojej rzeczywistej pracy tutaj. Tak więc facebook, academio, gmail,whatsapp itd zostało dezaktywowane a miejsce jordańskiej karty sim zajęła polska. Przywdziałam swoją czerwoną bluzę z napisem "kiss me it's Christmas" i hola szturmem ruszyłam przez granicę udając, że ni słowa po arabsku nie rozumiem;).

Gruby Pan przy okienku zmierzył mnie wzrokiem i przez co najmniej kwadrans wyszukiwał mnie we wszystkich możliwych systemach. Szczęśliwie dla mnie owo dochodzenie się zakończyło, pozostał jeszcze wywiad: Co Pani robi w Jordanii? Uczę angielskiego. Gdzie? Kogo? Przy Kościele oo. Jezuitów...(mea culpa, jest to rzecz jasna pół-prawda, wszak z kościołem oo. Jezuitów mam do czynienia, i nawet pewna współpraca między nami się odbyła, i rzeczywiście była powiązana z moim uczeniem angielskiego ale nici szyjące te historię są wyjątkowo grube...) Po co Pani jedzie do Izraela? I tym momencie Paula radośnie wskazując na swoją czerwoną, świąteczną bluzę wykrzyknęła na głos: for Christmas!. Z oczu Grubego Pana już wyczytałam, że przekroczę dziś tę granicę:D Tak też się stało, niecałą godzinę później siedziałyśmy już w busiku do Jerozolimy!



W Jerozolimie wymieniłyśmy walutę (szekle) i zgodnie stwierdziłyśmy że dobrze byłoby skontaktować się z naszym hostem oraz znaleźć transport do Ramallah, na północy Zachodniego Brzegu. Rozpoczęłyśmy więc poszukiwania Wi-Fi z marnym skutkiem, postanowiłyśmy więc ładnie uśmiechnąć się do kogoś i poprosić o możliwość wykonania krótkiego telefonu (no bo przecież palestyńskiej karty sim jeszcze wówczas nie miałyśmy a nawet nie zakładałyśmy że kiedykolwiek ją mieć będziemy!) Kupiłyśmy świeżo wyciskany sok z grapefruitów i pomarańczy i zatrzepotałyśmy rzęskami do sprzedawcy. Niestety nasz host nie odbierał...zostawiłyśmy mu więc wiadomość na couchsurfingu i udałyśmy się w poszukiwaniu busów do Ramallah.



Ramallah.

Nie wierzyłam własnym oczom kiedy po raz pierwszy ujrzałam to miasto skąpane w słońcu. Czysto, zielono, jakoś tak spokojnie. Moje pierwsze skojarzenie przywiodło mi na myśl jedno z tych leniwych, śródziemnomorskich miasteczek, rodem z Italii czy Espanii, siestujących po obiedzie w oczekiwaniu na zachód słońca. Oczywiście szybko udzielił nam się ten nastrój i zamiast zwiedzać łapałyśmy słońce na jednym z przydrożnych murków, tocząc niekończące się rozmowy na rozmaite tematy. Grunt to dobry kompan w podróży!
Kiedy wreszcie, mówiąc kolokwialnie, ogarnęłyśmy się, powrócił temat naszego hosta z którym wciąż nie miałyśmy kontaktu. Postanowiłyśmy więc za wszelką cenę znaleźć jakąś kawiarnie z WIFi i w końcu zjeść śniadanie! A nie było to takie łatwe! (Ku naszemu zdumieniu, przyzwyczajone że zawsze i wszędzie jest WiFi, tu odkryłyśmy że nie każdy ma ten luksus. Otóż Izrael blokuje Palestyńczykom dostęp do rozmaitych aplikacji i serwerów, np w ich sieciach telefonii komórkowej przez długi czas nie było internetu, obecnie łaskawie udostępnili im 2G za bajońskie sumy, sami przenosząc się na 4G. A ja kiedy chciałam pobrać ponownie whatsapp już na miejscu okazało się do niemożliwe, bo znajdowałam się na terenie Palestyny...) W końcu zaciągnęłam nas do jakieś, w Polsce powiedzielibyśmy po PRL-owskiej kawiarni gdzie, jak się później okazało, byłyśmy aż jedynymi przedstawicielkami płci piękniej...!) Jest wiadomość od hosta! Szkoda tylko że całkowicie arabska...(czytaj, nic z niej nie wynika...:D)

Zjadłyśmy więc co miałyśmy, wypiłyśmy kawusię (ja herbatkę z imbirem, mmm!), wzbudziłyśmy ogromne zainteresowanie i ruszyłyśmy w miasto! 




Przezabawny był to dzień, gdyż mniej więcej co 1-2 godziny zapędzałyśmy się z powrotem w okolice kawiarni, w której śniadaniowałyśmy coby sprawdzić maila od hosta, i zaczepiłyśmy chyba z 5 różnych mieszkańców z prośbą o wykonanie telefonu:D Potem już wraz z hostem żartowałyśmy, że teraz pół miasta ma jego numer telefonu! 

Z ciekawszych informacji: odwiedziłyśmy muzeum Ramallah, gdzie miałyśmy okazję przyjrzeć się historii terenów na których dziś się znajduje z archeologicznej strony, znalazłyśmy kościół z prześlicznym ogrodem i uczestniczyłyśmy w Mszy Św, odwiedziłyśmy także magiczne miejsce - dom dziedzictwa pewnej wiekowej rodziny. Dlaczego jest to tak wyjątkowe miejsce? Otóż oprócz pomysłowego wnętrza, ciekawie zaaranżowanych pomieszczeń służącym niegdyś m.in za stajnie, czy bawialnie, pomysłodawcą i właścicielem domu jest jeden z jego potomków, który od początku do końca sam stworzył to miejsce, nie przyjmuje żadnej pomocy z zewnątrz a głowę ma pełną pomysłów jak swój biznes rozwinąć. Bardzo przypadło nam do gustu jego wizjonerskie podejście i pasja, w ty co robi. Wypiłyśmy tam też kawkę, pożarłyśmy z tuzin czekoladowych mikołajów i ciasteczek, narobiłyśmy kupę zdjęć i wsłuchiwałyśmy się w historie rodziny, miasta, Palestyny...Co nas najbardziej zadziwiło? Że ojciec owego Pana Właściciela miał sobie żonę, ze dwadzieścia lat od siebie młodszą...(w tym momencie wyobraziłam sobie, że miałabym wyjść teraz za mąż za Pana w wieku 45 lat i aż mi się włosy na głowie mocniej skręciły z przerażenia!:D) 
Z innych ciekawych doświadczeń, to w końcu nie udało nam się odnaleźć grobu Jasera Arafata, ale troszkę o nim poczytałyśmy, natomiast wpakowałyśmy się do barwnego kościółka, badajże obrządku ortodoksyjnego, gdzie ja nie mogłam oderwać wzroku od barwnej postaci prowadzącej nabożeństwo, otoczonej przekolorowymi ikonami, obrazami, światełkami, dekoracjami i świecami, gdzie po raz pierwszy w życiu zjadłam błogosławiony chleb!:D




Wędrując tak sobie uliczkami miasta, cykając fotki św. Jerzemu nad drzwiami spotkałyśmy na rogu pewnego starszego jegomościa, który rzeźbił w drewnie. Piękne to cudeńka wychodziły spod jego dłuta, choć muszę przyznać że mój wielbłąd, który dostałam w prezencie bardziej przypominał dinozaura, ale to pewnie dlatego że ja stresująco działam na ludzi:D Jak się później okazało w trakcie naszej dalszej podróży, Palestyna, mogę powiedzieć, słynie z takich drewienkowych pamiątek. Nie był to bowiem jedyny uliczny artysta rzeźbiarz, jakiego spotkałyśmy;) 

Tak więc nasze pierwsze dwie noce spędziłyśmy w urokliwym Ramallah, gdzie obecnie znajduje się siedziba rządu Okupowanych Terytoriów Palestyny, i gdzie (jak już później zostałyśmy poinformowane), najbardziej tętni życie nocne Palestyny:D