niedziela, 3 kwietnia 2016

Być Arabką, być Kobietą...

Zanim zagłębię się w niesamowicie pasjonujący temat, jakim są kobiety, mały apel:

Mój pobyt w Jordanii dobiegł końca
a to znaczy że czas na porządną ewaluację i wnioski.
Myślę że tak jak wszystko, co nas dotyka, czego doświadczamy,
jest nam dane i zadane.
Tak i mnie Jordania została dana, bo nauczyłam się tu wiele i wiele zmieniło się w moim życiu,
ale także zadana, bo miałam okazję żyć w centrum gorącego konfliktu, i codziennie oglądać problemy o których od pewnego czasu wrze w mediach.
Jest to więc moje zadanie, by dzielić się tym, co tutaj mnie spotkało.
By głośno mówić tą całą prawdę, którą media tak umiejętnie przepuszczają przez sito i selekcjonują.
Dlatego mam do Was apel.
Kiedy wrócę, chcę się dzielić tym co tutaj przeżyłam.
Zamierzam przygotować szereg prezentacji i warsztatów o konflikcie na Bliskim Wschodzie i o uchodźcach.
Jeśli czujecie, że w waszych pracach, szkołach, wspólnotach, klubach,rodzinach, grupach przyjaciół chcielibyście mnie posłuchać,
posłuchać o tym, jak tu naprawdę jest, kim na prawdę są Ci uchodźcy,
piszcie do mnie, chętnie przyjadę aby się dzielić.
Udostępniajcie gdzie tylko chcecie ten apel, podnieśmy wspólnie świadomość Polaków na tematy teraz tak ważne, te ludzkie.
Kontakt ze mną, najlepiej mailowy: paula.proba@zhr.pl
przez FaceBook, przez Bloga, telefonicznie.

Paula, w Jordanii zwana Lejlą;)




A teraz czas na kobiety!;)

Na początek muszę się do czegoś przyznać. Przez całe pół roku pobytu w Jordanii skompletowałam całą armię arabskich kolegów i tylko dwie koleżanki - arabki. Dlaczego?
Na to pytanie odpowiem na sam koniec tego artykułu;)

Kim jest arabska kobieta? Jak wygląda, jak się zachowuje, jakie tworzy relacje, o czym marzy?
Na co dzień, to właśnie z kobietami pracowałam, powinnam więc bez żadnego problemu nazbierać garść obserwacji i wyrobić sobie zdanie. Ale to nie takie proste. Arabskie kobiety, to stworzenia tak kompleksowe i tajemnicze, że zawsze gdy myślę że je rozgryzłam - to one mnie zaskakują.
Podzielę się więc tymi obserwacjami barwnymi, i dalej będę próbowała rozgryźć fenomen "Arabki".

Dla ułatwienia (sobie samej myślenia) wprowadziłam pewną taksonomię. Otóż podzieliłam przedmiot moich badań, czyli Arabki pod względem miejsca zamieszkania na: mieszkające w Ammanie, dużych miastach, wsiach i obozach dla uchodźców; kolejnym kryterium podziału był stopień wykształcenia i ostatnim status materialno-społeczny rodziny. Choć ta klasyfikacja jest ułomna, bo upraszcza wiele rzeczy, to pomaga trochę uporządkować myśli.

Zacznijmy od wyglądu zewnętrznego i sposobu "noszenia się". Arabki w Ammanie są bardzo różnorodne, te bardziej wyzwolone, wykształcone, pochodzące z bardziej zamożnych rodzin o międzynarodowych wpływach, czy z rodzin mieszanych, wyglądają podobnie do kobiet cywilizacji zachodniej. Noszą ciuchy z sieciówek lub od znanych projektantów, podążają za zachodnimi trendami. Co je różni - makijaż. Arabki są piękne, mają zazwyczaj czarne włosy i ciemną oprawę oczu. Mimo to uwielbiają nakładać bardzo mocny makijaż. Nie wyglądają w nim naturalnie, ale to trzeba im przyznać - są pełne wyrazu. A ten wyraz idealnie współgra z ich "attitude";)
Postawa to cecha, która jest, mogę śmiało powiedzieć, wspólna dla wszystkich Arabek. Pewność siebie, bijąca na kilometr. Mniejszy lub większy stopień zołzowatości, siła, głowa noszona zawsze wysoko. Arabki wiedzą czego chcą i potrafią dopiąć swego. Kiedyś siedziałam sobie w busie z Sahab do Ammanu. (Sahab to takie miasteczko z pod ciemnej gwiazdy, w którym miałam przyjemność pracować). W pewnym momencie bus zmienił trasę, pojechał inną drogą. A pewna Jej Ważność Arabka chciała akurat wysiąść przy banku kairskim który znajdował się po drodze. Starej drodze. Nie potrafię opisać siły jej ekspresji, przeszywającego i pełnego agresji tonu głosu, przekonaniu o słuszności swoich racji kiedy kłóciła się przez ponad 20 minut z kierowcą, dopóki ten nie skręcił z powrotem na starą trasę. Niby takie pokrzywdzone w patriarchalnym świecie, ale jak chcą, to potrafią:)

Wracając do wyglądu zewnętrznego. Mocny makijaż ma jednak sens. Odkryłam ów sens, kiedy podczas jednego ze szkoleń dziewczyny z Tunezji postanowiły ubrać mnie "po swojemu" na international dinner. Założyłam długą, tradycyjną suknię i oczywiście hijab. Stanęłam przed lustrem i...stwierdziłam że moja twarz ginie, że jest niewyraźna, że do tej pory tak wydatne i ciemne rysy tracą nagle swoją siłę, niejako płowieją! Tunezyjskie koleżanki, widząc moją pełną konsternacji minę zaśmiały się i poczęły mnie uspokajać, że spokojnie, to nie koniec, jeszcze makijaż. I faktycznie, dostałam mocny makijaż i od razu nabrałam wyrazu (i nawet trochę słynnej "attitude!":D) Wtedy to zrozumiałam, dlaczego ich make-up jest taki mocny!

A co z tym hijabem. Może być, a może go nie być, to kwestia wyboru kobiety (czytaj często rodziny/męża kobiety). Czy kobieta która nosi hijab jest religijna? Nic bardziej złudnego, może być ale nie musi. Wiele kobiet decyduje się na hijab ze względu na rodzinę właśnie, ale wiele z nich uważa go za część mody swojej kultury i to do hijabu dobiera resztę stroju. Jest wiele stron i blogów poświęconych hijab fashion. Niestety, tutaj nasuwa się pytanie, po co w ogóle ten hijab? W Koranie jest napisane, że kobieta (notabene mężczyzna też) powinna ubierać się skromnie, a dokładniej szczelnie zakrywać. Idea hijabu jest więc ludzką interpretacją zrodzoną w tutejszej kulturze, tradycji. Myślę, że niegdyś hijab miał też znaczenie praktyczne. Kiedy przyjrzymy się beduinom na pustyni, gdzie piach dostaje się wszędzie, to stwierdzimy że i mężczyznom zdarza się nosić niqaby! (Czyli kaptury na twarz z dziurami na oczy). Poza tym weźmy Polskę. Nasze prababcie i babcie zawiązywały sobie kiedyś chustki na włosach, albo również pod szyją, albo z tyłu, ale zazwyczaj właśnie pod szyją. Dlaczego? Coby wyglądać skromniej, coby włosy nie pałętały się wokół twarzy i nie przeszkadzały w codziennych sprawunkach. No dobrze, wracając do hijabu, jeśli ma służyć skromności to patrząc na zdjęcia ze stron hijab fashion widzimy że ubrania, choć zawsze długie i zakrywające ciało, niejednokrotnie są super obcisłe i sexy. Gdzie wtedy ta skromność? Jak to Sylwia powiedziała, przed naturą kobiety się nie ucieknie;) Z jednej strony wszystko zakryte i hijab na głowie, z drugiej strony kobiecość podkreślona!;)

Płynnie przeszliśmy do ubioru. Tak więc te miastowe, wykształcone, wyzwolone jak już wspomniałam wcześniej, ubierają się tak, jak my. Kiedy wyjedziemy z "hipsterskiej części" miasta, trafimy na wieś, do obozu dla uchodźców, czy po prostu w mieście ale do bardziej tradycyjnej rodziny, zobaczymy Arabki w długich, luźnych sukienkach lub płaszczach, ewentualnie z podkreśloną paskiem talią.

Jedna z blogerek hijabowych. Dodam że na zdjęciu z przodu widać obcisłą bluzkę.

Muszę teraz przytoczyć obserwację. Jedna z moich syryjskich uczennic, Iman, lat ok 35. Kiedy ją poznałam, myślałam że jest koło 50. Lekko przy kości, w luźnej, workowatej kiecce, hijabie. Nie ma brzydkich kobiet, ale ona nie była ładna. Miała swoje piękno, ale nie była ładna. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Pewnego dnia, podczas zajęć z fitness poprosiła mnie abym włączyła jakąś muzykę arabską. Zdjęła hijab, zdjęła kieckę zostając w jeansach i obcisłej bluzce z długim rękawem, rozpuściła włosy i zaczęła tańczyć taniec arabski. Pełna wdzięku, gracji, tak naturalnie kołysała na boki biodrami. Patrzyłam na nią szeroko otwartymi oczami bo to była zupełnie inna Iman! Piękna, ładna! Seksowna, urzekająca! Mój szok był nieopisany! I wtedy pomyślałam sobie: no tak, najlepsze zostawia dla męża...Później sama to przyznała. Kiedy jest mało atrakcyjna dla świata, to lepiej. Jest bezpieczniejsza, nikt nie zwraca na nią uwagi, nie wodzi pożądliwym wzrokiem, ona nikogo nie kusi, nie zachęca swym wyglądem. A ten, który zechce ją poślubić zrobi to ze względu na nią, nie na jej walory fizyczne. To też ogromne bezpieczeństwo, bo ciało zmienia się ale dusza i serce pozostają niezmienne! A później, gdy już pokocha właśnie taką, jaką ma niespodziankę gdy zobaczy ją sto razy bardziej atrakcyjną!!! I jak tu się dziwić, że Arabowie tyle dzieci mają ;)

Kolejną cechą Arabek związaną z wyglądem jest dbanie o siebie. O tak, uczmy się od nich. My mamy dziś trend na olejki, zioła i kosmetyki naturalne. One odkryły to już dawno. Olejują się, farbują włosy i oczy henną, depilują calutkie cukrem, robią sobie maseczki. Są w tym specjalistkami. Jest jednak pewna rzecz, której nie pojmuję. Idealizacja bieli. Bieli skóry. Wszystkie są tak przepięknie śniade, że ja z zazdrości aż warczę, a używają kremów wybielających skórę i najjaśniejszych pudrów i podkładów! Gdzie w tym logika? Tak jak my mamy samoopalacze i balsamy brązujące, tak one tam mają samowybielacze i kremy rozjaśniające...

Przejdźmy do zachowania. Mówiłam już o słynnej attitude. Arabki są pełne gracji i wdzięku. Mają tą pożądaną przez nas i upatrywaną także u francuzek "poise". Czyli klasę, elegancję, pełen szacunku sposób "noszenia się". Trochę im tego zazdroszczę, a trochę to działa mi na nerwy. Kiedy na przykład idę za arabką na ulicy. Od razu zaczynam głębiej oddychać, bo wiem że za moment zacznę dostawać szału. Idzie powoli i dostojnie w tych swoich obcasach. Coś lob kogoś zobaczy - zatrzyma się tak jak szła na środku chodnika, również po środku chodnika rozłoży swoje 30 siatek z zakupami torując drogę i będzie tak stała. Albo kiedy spieszę się (spieszę? w kraju arabskim? zgłupiałam?) a takowa wsiada do autobusu. Siaty zazwyczaj są w komplecie. Zanim się wtoczy (oczywiście powoli i z gracją), zasiądzie, znajdzie portfel, zapłaci, usadowi dzieci, które też są zazwyczaj w komplecie...to ja już zdążę zmówić trzy zdrowaśki na uspokojenie:) I tutaj już moje początkowe wyznanie o nieposiadaniu koleżanek powinno, choć w pewnym stopniu, zostać zrozumiane. A dla tych, którzy znają moją życiową energię, nawet bardzo zrozumiałe!

No dobrze, dużo o sprawach powierzchownych. Idźmy głębiej! Wszyscy moi arabscy koledzy zawsze mi powtarzali że z Arabkami to oni wiązać się nie chcą, że już więcej arabskiej dziewczyny mieć nie będą! Że wolą po stokroć europejki, amerykanki czy wszystkie inne byle nie Arabki!
Dlaczego? Po pierwsze furja! (Moje ulubione arabskie słowo). Furja znaczy tyle co drama, dramatyzowanie i robienie problemów, czy z igły widły. Czyli generalnie cecha częściej spotykana u kobiet, najczęściej u Arabek;) Arabki czepiają się o wszystko! Kiedyś mój znajomy opowiadał mi, że jego była dziewczyna, Arabka, razu pewnego zrobiła mu furje za to, że jej koleżanka jej powiedziała, że jakaś inna koleżanka widziała go gdzieś. I dlaczego on tam był, i co on tam robił i dlaczego ona nic o tym nie wie?!? Kolejna sytuacja idealnie opisująca zjawisko furjy zdarzyła się mojej polskiej towarzyszce, Sylwii. Otóż była z kolegą (kol 1) swym u innego kolegi (kol 2) w mieszkaniu. Kol 2 zapomniał tego dnia telefonu od swojego innego kolegi (kol 3). W środku wieczoru nagle ktoś zadzwonił do mieszkania, drzwi zostały otwarte i impetem pojawiła się postać dziewczyny kol 2, która robiła mu awanturę za to, że usłyszała za drzwiami głos kobiety (Sylwii), a przyjechała tak w ogóle sprawdzić dlaczego nie odbiera. I nie dała sobie wytłumaczyć nic, nawet obecność kol 1 nie pomogła. Całą noc biedny kol 2 próbował ją udobruchać. Krótko opisując co jeszcze w tę jedną noc się stało: - kol 2 pojechał do kol 3 po swój telefon żeby zadzwonić do swej dziewczyny, - telefon kol 2 został przez dziewczynę zablokowany, kol 2 rozmawiał w samochodzie z siostrą swej dziewczyny próbując jej wszystko (bezskutecznie) wytłumaczyć. Wszystko to daremne. Tak więc Arabowie wolą dziewczyny zachodu bo są normalniejsze! Wyobraźcie sobie taką dumną Arabkę, z zołzowatym wzrokiem i mówiącą zołzowatym językiem. Jak tu do takiej podejść? Po za tym wciąż plotkują, o wszystkim i zawsze. I to właściwie ich główne tematy rozmów: makijaż, ciuchy, chłopaki, ploteczki. I teraz już nikt nie powinien mieć wątpliwości dlaczego nie miałam koleżanek:D. Oczywiście jest to generalizacja. Tak jak na wstępie podkreślałam, coraz więcej jest dziewczyn, które odchodzą od typowego modelu arabki. Mają pasje, można z nimi podyskutować, można się z nimi pośmiać i czuć swobodnie w ich towarzystwie. Takie są właśnie moje dwie arabskie koleżanki: Maryam i Rima. Wspaniałe, młode kobiety!

Co jeszcze wyróżnia taką typową arabkę? Są materialistkami. My polecimy na faceta z pasją, z charakterem, z duszą itd. One tylko i wyłącznie na faceta z domem i samochodem;) Jednak, gdy się mocniej nad tym zastanawiam, chyba wiem, skąd to się bierze. I skąd bierze się to ich plotkowanie i gadanie tylko o chłopakach i sukienkach i makijażach. Młoda dziewczyna wychowywana jest do tego, aby zostać żoną i matką. I tutaj wspaniale widać, że punk widzenia zależy od punktu siedzenia. W naszej kulturze mamy różne marzenia: kariera, podążanie za swoimi pasjami. Bo tak się nas wychowuje. Mamy się uczyć, studiować - żeby osiągnąć w życiu sukces. Jesteśmy zapisywani na różne zajęcia pozalekcyjne - żeby rozwijać swoje pasje. A one? Wychowywane są w taki sposób, że ich największym marzeniem jest zamążpójście, a najważniejszym w życiu wydarzeniem - ślub. Trudno więc dziwić się im, że robią tyle dramatów facetom, że mają takie a nie inne tematy rozmów, czy że w wyborze męża są materialistkami. To w końcu ten dom będzie tym, co im zostanie. Albo inaczej. Ten dom jest spełnieniem ich marzeń. Codziennie będą o niego dbać, upiększać go i rozpalać w nim domowe ognisko.



Skromna kuchnia moich syryjskich uczennic, w której są w stanie wyczarować więcej niż ja z wielofunkcjonalnym robotem:D



Czy faktycznie tak jest, że każda chce tylko wyjść za mąż i założyć rodzinę? Oczywiście, znów jest to tylko generalizacja. Maryam i Rima robią kariery i podążają za swoimi pasjami;) Ale większość tak. Uczestniczyłam w cyklu dyskusji zwanych "Circles of discussion" dotyczących kobiet. Ich praw, problemów itd. Podczas jednej takiej sesji poświęconej przemocy ze względu na płeć, prelegentka - nowoczesna pracowniczka korporacji, walcząca z wszechobecnym patriarchatem, opowiadała o warsztatach, które prowadzi na uniwersytetach, skierowanych do młodych kobiet, a dotyczących rozwoju zawodowego, aspiracji, kariery itd. Jej wnioski były zaskakujące. Podczas takich warsztatów wydawało jej się, że dziewczyny są zainteresowane tym co studiują, podchodzą do swojego kierunku poważnie i rozważnie. Jak wielkie było jej (i nasze) zaskoczenie, gdy na koniec okazywało się, że mimo wszystko 90% z nich przyszło na Uniwersytet by znaleźć męża i jeśli ten plan się powiedzie - nie będą kontynuować edukacji, czy podejmować pracy w zawodzie. I tą historię odpowiadam także na pytanie, czy pozostanie w domu to wybór kobiety, czy jest to narzucone przez społeczeństwo.

Tyle na dziś, bo znów zaczęłam pisać książkę. Temat będzie miał kontynuacje, więc śledźcie na bieżąco. W następnym artykule: arabka podporządkowana, prawa kobiet w Islamie, arabski patriarchat, zabójstwo honorowe i obrzezanie kobiet, aranżowane małżeństwa. Zapraszam!

Czas na podsumowanie! Są wsie, są obozy, gdzie kobieta jest skromna, nosi hijab i długą suknię, ma dużo dzieci i w Europie wygrałaby Master Chef'a, a swoje życie uważa za szczęśliwe. W wolnym czasie idzie w gości, gdzie przez 4h wypija hektolitry kaw, herbat, soków i obsmaruje wszystkich sąsiadów we wsi, sukienki wszystkich koleżanek, ponarzeka na męża, pochwali się dziećmi i powymienia sposoby na usuwanie tłuszczu z piekarnika. Zazwyczaj nie jest wykształcona i średnio lub gorzej sytuowana. Są też duże miasta, gdzie arabka urodzi się w nowoczesnej rodzinie, będzie dobrze wykształcona, bogata, będzie wyglądać i zachowywać się jak dziewczyna z zachodu a jej marzeniem będą podróże, kariera i podążanie za pasjami. Założy mini i pójdzie wieczorem do klubu potańczyć i wypić drinka.
Jedna i druga przez życie przechodzi ze swoją arabską "attitude"!;)


Gdzie jest Wally?:D



czwartek, 11 lutego 2016

Opowiedz mi swoją historię

Nadszedł luty, ostatni miesiąc mojej jordańskiej przygody, ale na pewno nie ostatni miesiąc moich przemyśleń i obserwacji na temat Bliskiego Wschodu i uchodźców. Blog będzie żył dalej, bo i we mnie jeszcze długo, długo po powrocie żyć będzie ta gorąca ziemia, gorąca kultura i palące mnie w oczy i w serce problemy uchodźców.


Każdego dnia spotykam tu ludzi, przeróżnych ludzi, a wraz z nimi spotykam ich historie. Historie ich życia, które niczym pieczęć na zawsze pozostaną wyryte w ich sercach, które będą kształtować ich przyszłość i wpływać na kolejne pokolenia. Historie czasem smutne, czasem bolesne, czasem wręcz straszne. 

Im więcej ludzi odsłania przede mną karty swojej przeszłości, tym częściej zastanawiam się, dlaczego ja nie mam swojej historii. Właściwie mam, każdy ma, ale dlaczego moja przy tych tu, wygląda jakby była chowana pod kloszem?
Dlaczego urodziłam się uprzywilejowana? Dlaczego moje pochodzenie stało się moim przywilejem? Jestem z Polski, mogę swobodnie podróżować po całej Europie, mogę podejmować tam pracę, osiedlić się, założyć rodzinę. Bez żadnych problemów mogę otrzymać wizę do każdego zakątku świata. Dlaczego? A ludzie tu, moi rówieśnicy? Nie mogą wrócić do kraju z którego pochodzą. Nie stać ich na studia, gdyż traktowani są jako "zagraniczni" studenci, i obowiązują ich wyższe czesne, nie mogą wykonywać konkretnych zawodów, nie mogą założyć własnej działalności, nie mogą podróżować... Dlaczego oni nie mogą a ja mogę? Czym sobie na to zasłużyłam? W czym jestem od nich lepsza, żeby przysługiwał mi cały szereg przywilejów, będący dla innych jedynie mglistym marzeniem? Od kiedy miejsce urodzenia jest wartością sądzącą co wolno a czego nie wolno? Nie zapracowałam na takie udogodnienia, nie włożyłam żadnej pracy w to aby otrzymać takie możliwości jakie otwiera przede mną polskie obywatelstwo. Dlaczego więc Palestyńczycy, Syryjczycy, ludzie tak bardzo podobni do mnie, nie odbiegający od nas europejczyków intelektem czy pracowitością, dlaczego oni zaklasyfikowani zostali do niższego poziomu drabiny społecznej? Czasem, kiedy rozmawiam z ludźmi jest mi głupio. Kiedy patrzą na mnie szeroko otwartymi oczami, a w głębi serca wiedzą, że ja mam lepiej. Że mam więcej możliwości, swobody. Że przyjechała tutaj sobie - bo może, i chce nam pomagać, och jakże wielkie jej serce. Za chwile wyjedzie i wyskoczy na weekend do Norwegii albo zacznie pracę w Niemczech. A jak jej nie wyjdzie zawsze ma milion innych furtek. Jak to miło z jej strony, że zdecydowała się poświęcić te swoje młode lata pełne nieograniczonych możliwości i przyjechać tu: do tej gorszej strony świata...
Oczywiście nie usłyszałam takich gorzkich słów z niczyich ust, ludzie tu są zbyt uprzejmi by wylewać na przyjezdnych fale swojej goryczy. To tylko moje wewnętrzne przemyślenia, zrodzone w godzinach spędzonych na wpatrywania się w tuziny smutnych oczu.


Cieszę się że jestem Polką, cieszę się, że urodziłam się w Europie. Nie wyobrażam sobie mieć nałożonych takich ograniczeń, jakie mają uchodźcy tutaj. Nie wyobrażam sobie.




Walaa

Do sali wchodzi stosunkowo niska i bardzo otyła dziewczyna. Oko zaklejone ma dużym plastrem. Wydaje się być nieco osowiała, nieco zahukana. Przeskakuje wzrokiem po wszystkich obecnych, widząc moje spojrzenie spuszcza głowę, po czym rzuca zakłopotany uśmiech koleżance i wybucha nerwowym chichotem. Musiała zdobyć się na wiele odwagi przychodząc tutaj. Kiedy się uśmiechnęła, zwróciłam uwagę na stan jej uzębienia. Wyraźnie brakuje kilku zębów, a te pozostałe są sczerniałe i jakby stępione. Jej twarz grubo pokrywa jedna na drugiej warstwa podkładów i pudrów, paniczna próba schowania obfitego trądziku i blizn potrądzikowych. Wokół ust jej skóra jest zaogniona i łuszczy się, tworząc strupy, co w połączeniu z pudrem jeszcze pogarsza jej stan. Na oko dałabym jej ok.120 kg. Ma 18 lat.
Walla urodziła się w obozie, dwadzieścia lat po tym, gdy jej rodzice i dziadkowie opuścili region Gazy (Palestyna) i szukali schronienia w Jordanii. Dwadzieścia lat to dużo czasu. Przez dwadzieścia lat można zmienić bardzo wiele, można zbudować dom, ze trzy razy zmienić pracę, stworzyć dzieciom bezpieczne środowisko rozwoju. Ale nie tutaj, w obozie. Tutaj w ciągu dwudziestu lat można co najwyżej zamienić namiot na betonową konstrukcję krytą azbestem, parać się czym popadnie byle zarobić na codzienny chleb i wegetować z płomiennym wspomnieniem utraconej ojczyzny, z coraz szybciej niknącą nadzieją na powrót do niej.
Dlaczego Ci Palestyńczycy mają takiego fioła na punkcie swojej utraconej ojczyzny i powrotu do niej. Nie będę odnosić się i porównywać tej sytuacji do historii Polaków żyjących w okupacji czy na emigracji, i wymieniać znakomitych nazwisk ówczesnych twórców literatury, przy której czytaniu do dziś mam gęsią skórkę, a którzy także rzewnie pielęgnowali koncept utraconej ojczyzny i nadziei na powrót do niej. Wystarczy że porównam ich dzisiejszą, mizerną, codzienną rzeczywistość, warunki w jakich żyją i perspektywy jakie mają, do życia które niegdyś prowadzili. Do Palestyny obfitującej w zboża, warzywa i owoce, gdzie ludzie uprawiali ziemię, hodowali zwierzęta, mięli swoje wielkie gaje oliwne, pracowali, budowali rodzinę, wiedli szczęśliwe i dostatnie życie. A dziś, tak jak Walla, mieszkają w domu z surowych, betonowych ścian, w którym leży kilka materaców do spania, prowizoryczna kuchnia i łazienka, a zimą, kiedy pada deszcz lub śnieg, wszystko wlewa się do środka i tworzy domową powódź, bo azbestowy, podziurawiony dach nie stanowi żadnej izolacji.
Kilka lat temu Walla zauważyła u siebie problemy z okiem. Gorzej widziała, oko ją piekło, było zaczerwieniona. Poszła do miejscowego lekarza, jedynego w całym, liczącym 28 000 mieszkańców obozie, szlachetnie zapewnionego mieszkańcom przez UNRWA. Owy zacny lekarz oznajmił jej że ma raka, zapisał leczenie, operacje. Po owych zabiegach, które notabene były ogromnym obciążeniem finansowym dla rodziny Walli, stan jej jeszcze się pogorszył. Lekarz przepisał jej jakieś soczewki sprowadzane z Indii – najtańsze, na inne ich nie stać, i od tych soczewek do oka dostał się wirus czy bakteria, przestała widzieć na jedno oko. Z pomocą przyjaciół, rodziny, całej społeczności uzbierali sumę aby zawieźć ją do lekarza w Ammanie, prywatnie, bo przecież Palestyńczycy z "Gazy" nie mają prawa korzystać z publicznej służby zdrowia. Okazało się że musi mieć kilka operacji by naprawić błąd poprzedniego lekarza i jego indyjskich soczewek. Niestety rodzina Walli nie ma pieniędzy na te operacje. Walla zakleja więc oko i funkcjonuje z jednym. Co za tym idzie, ma problemy w szkole, bo jedno oko szybciej się męczy, ma częste bóle głowy od nie leczonego drugiego, z tych samych przyczyn nie może pójść do pracy, choć bardzo by chciała. Ale nikt jej nie zatrudni w takim stanie, poza tym nie ma gdzie jej zatrudnić, bo w obozie nie ma pracy, szczególnie dla kobiet (statystycznie współczynnik bezrobocia przekracza 50%).
Co więc robi Walla? A co ona może robić? Siedzi w domu. I je. Zajada swoją dolę (doskonale ją rozumiem bo i nam się to często zdarza) białym chlebem, ryżem, bo tylko na to ich stać. I tyje, pogarsza się jej stan skóry, brak witamin i minerałów widoczny jest w stanie zębów, włosów i paznokci i w ogólnej kondycji ciała. Pewnie nawet nie wie jak wielką krzywdę sobie wyrządza, bo skąd ma wiedzieć. Takich rzeczy nie uczą tu w szkołach, nie ma w domu komputera z internetem. Walla ma 18 lat.



Po fitnessie czas na pogawędki o zdrowym trybie życia i zdrowym odżywianiu oraz na Angielski;)






Cieszę się, że zaczęła przychodzić na moje zajęcia. Na swoich zajęciach prowadzę fitness, zazwyczaj taneczną zumbę, bo przy ich stanie fizycznym bardziej zaawansowany trening mógłby być jeszcze bardziej szkodliwy. Później jemy wspólnie zdrowy lunch, który ja również przygotowuje w domu, i przywożę do obozu. Warzywa, owoce, kasze, jaja...i mamy lekcje o zdrowym odżywianiu, o funkcjonowaniu ciała, o zdrowym stylu życia. Na koniec jeszcze angielski. Bardzo podstawowy poziom, ale dziewczyny chętnie i szybko się uczą.
Odkąd pojawiła się pierwszy raz, nie opuściła jeszcze żadnych zajęć. Silna i odważna dziewczyna.  


Pokój w pustym domu posłuży nam w przyszłości za salę do ćwiczeń. 


Rzecz jasna nie mogę umieścić tutaj jej zdjęcia, myślę też, że nie ma takiej potrzeby. Walla ma już wystarczająco wiele spojrzeń ludzkich oczu. Teraz przydałyby jej się spojrzenia ludzkich serc. 


Czasowniki w angielskim to przy arabskim bułka z masłem;)

niedziela, 24 stycznia 2016

Nie dowierzam, czyli Paula poszła na Graduation Party

Studia na Bliskim Wschodzie - dosyć obszerny temat, nie będę się rozpisywać;)
W Jordanii, podobnie jak wszędzie, występują dwa typy uczelni wyższych - prywatne i publiczne. Najbardziej poważany w całym kraju to Uniwersytet Jordański, następnie plasuje się Science & Technology Univesity w Irbid i Hashemite University w Zarce, później Yarmouk University również w Irbid.  Trzeba dodać, że są to rankingi ogólne, gdyż każdy kierunek i specjalność ma pewnie nieco inne statystyki, jednak zazwyczaj Uniwersytet Jordański będzie zajmował pierwsze miejsce.
Co się studiuje w Jordanii? Wszystko oczywiście, ale jeśli chodzi o męską część społeczeństwa to 90 jego procent dzieli się pomiędzy lekarzy i inżynierów. Z przewagą inżynierów:D I to nie tylko statystyki, co poznaję nowego mieszkańca Jordanii (nie, nie Jordańczyka, już gdzieś wcześniej pisałam jak się ma sprawa narodowości w tym kraju), to jest to zazwyczaj inżynier, czasem lekarz, a jeden na piętnastu będzie jakimś menagerem.
Z tego co udało mi się wywiedzieć, poziom medycyny jest tu dobry, dlatego lekarze z Jordanii masowo wyjeżdżają i zasilają kliniki w całym regionie. Co do inżynierii, nie wiem, ale chyba też nie jest najgorzej. Przynajmniej na tych czołowych uczelniach. A co studiują dziewczyny? W sumie to trudno mi powiedzieć, bo nie mam tu za wiele koleżanek (z Arabkami trudno się kumplować, ale o tym w jednym z następnych postów). Te które znam skończyły finanse i rachunkowość, bankowość, anglistykę.

Middle East University - prywatny uniwersytet który miałam okazję odwiedzić

Nikt nie chce tutaj zostać nauczycielem (pozdrawiam rodziców i ich koleżanki:D). Dlaczego? Pensja nauczycielska jest jedną z najniższych w kraju. Nie owijając w bawełnę, nie pozwala przeżyć. Jest dużo poniżej średniej krajowej. Dlaczego tak jest? To dobre pytanie, na które nikt nie potrafił mi odpowiedzieć. Z tego można wywnioskować, że poziom edukacji w publicznych szkołach nie jest zachwycający. Ale są też prywatne, te należą do lepszych. Szkoła amerykańska, oksfordzka...szkoda tylko, że te szkoły w żaden sposób nie przyczyniają się do rozwoju państwa...
Aby studiować, należy zdać słynne tutaj na cały region egzaminy, odpowiednik polskiej matury, zwane "tawjehami". Jest to zmora i bolączka wszystkich uczniów szkół średnich, gdyż znacznie decyduje o dalszej przyszłości. Tylko Ci z najwyższymi wynikami mogą sobie pozwolić na studia na Uniwersytecie Jordańskim. Oczywiście to także zależy od kierunku. Inżynieria lądowa, jeden z bardziej obleganych kierunków. Najlepiej wykładany na Uniwersytecie Jordańskim, drugi w kolejce jest Hashemite University w Zarce. Mój kolega zdobył 94/100 punktów z tawjehów. Studiował w Zarce...Więc na tym kierunku, żeby studiować na Uniwersytecie Jordańskim trzeba zdobyć więcej...

Paula w Science & Technology University - zostałam gościnnie zaproszona aby opowiedzieć studentom o moich problemach i wyzwaniach przy nauce j.arabskiego

I po tym miłym wstępie przejdę do sedna;) Otóż kilka dni temu mój znajomy z Libii, obecnie mieszkający i studiujący tu, w Jordanii, zaprosił mnie na swój Graduation Project Seminar, czyli coś w rodzaju obrony pracy licencjackiej. Entuzjastycznie wskoczyłam w elegancką kieckę i czekam na kolejnego znajomego, który miał mnie zabrać swoim autkiem. Jak się okazało, owy Uniwersytet, prywatny o niezbyt dobrej sławie, położony jest dobry kawał drogi za Ammanem i dlatego miejscowi prześmiewczo nazywają go uniwersytetem beduińskim!;) Dotarliśmy na miejsce, piękny rozległy kampus pośrodku pustyni (!), wbiegamy do środka, bo jak to zwykle bywa z arabskim poczuciem czasu przybyliśmy spóźnieni, wchodzimy na salę i...
Wydawać by się mogło, że tego typu imprezy utrzymane są w nieco patetycznym, akademickim stylu, pełne napięcia i powagi, stresu i hierarchii społecznej. Tak przynajmniej ja zapamiętałam swoją obronę oraz obrony znajomych. A tu nic podobnego. Zanim zacznę opisywać to kuriozum zwane obroną napomknę, drodzy czytelnicy, że przez cały czas moja buzia i oczy były szeroko rozdziawione, i raz po raz rzucałyśmy sobie, z moją koleżanką z Duńskiej mniejszości w Niemczech, pełne zdziwienia i czasem trwogi spojrzenia. 
Kiedy weszliśmy na salę, prezentacja (o dziwo!) już się rozpoczęła. Na podium u szczytu audytorium stało czterech przystojnych młodzieńców w jednakowych odcieniach garniturów, za nimi migotał obraz z rzutnika, po ich lewej stronie ustawiony był komputer, podłączony do rzutnika, do komputera zaś podłączony był telefon. Przed podium, w pierwszym rzędzie usadowiło się grono profesorskie, i na tym etapie nic nikogo nie dziwi. Za ciałem pedagogicznym natomiast, na niedbale poustawianych krzesełkach siedli goście. Choć siedli, to zdecydowanie niepoprawna koniugacja tegoż czasownika. Goście siadali. Siadali z impetem, z całą gamą odgłosów, tupnięć, szturchnięć i zgrzytów. Siadali przez cały czas trwania prezentacji. Siadali i wstawali, chodzili, rozmawiali przez telefon, robili sobie zdjęcia i "strzelali selfie", szeleścili papierkami po cukierkach, rozpychali się, wchodzili i wychodzili, gadali, śmiali się....
Kiedy weszłam na salę nie było żadnego wolnego miejsca. Mój kolega wyszeptał, żebym weszła wgłąb sali, jakiś młodzieniec na pewno mi ustąpi. Mnie i mojej koleżance, o której wcześniej wspomniałam, która chodzi o kulach z nogą w gipsie, konieczne więc było, by zasiadła. Tak też się stało, kilka młodzieńców poczęło wstawać ze swych siedzisk cobyśmy my mogły zająć owe miejsca, robiliśmy wszyscy przy tym średnio umiarkowany szum, za co raczyłam wszystkich wkoło swoją przepraszającą miną i wyszeptanym co jakiś czas "afwan". Usiadłyśmy, odetchnęłyśmy i już chcemy słuchać o projekcie naszego Ahmada, gdy drzwi otwierają się z hukiem, i na sale wchodzi istny cyrk. Pierwszy wszedł Pan Super Cwany Arab, w atramentowym gajerku, czarnych okularach ala motocyklista, żując zawadiacko gumę tak, by wszyscy mogli dostrzec jej obecność pomiędzy jego zębami. Pierwsze co zrobił gdy wszedł, to sobie zdjęcie, potykając się przy tym o dwa krzesełka które głośno wyraziły swój sprzeciw za takie traktowanie. Następnie wbiegło grono dzieci, szturchając po drodze wszystkich siedzących, krzycząc coś do Pewnie Taty i robiąc jeszcze więcej szumu. Za nimi wkroczyła Matrona Jej Pulchność Babcia Arabska, w tradycyjnej, jordańskiej kiecce, zawodzącym głosem śpiewając jakieś muzułmańskie pieśni. Ta postać jest jednak warta by pochylić się nad nią dłużej. Babcia Arabska bowiem gdy idzie to nie patrzy i nie dba i nie zastanawia się. Między innymi gdzie wchodzi, co strąca, kogo potrąca. Ona po prostu niczym spycharka toruje sobie drogę (o skali odgłosów nie muszę wspominać) i co najlepsze! wszyscy inni także torują przed nią drogę! Taka to właśnie jest hierarchia w krajach arabskich, że ludzie starsi traktowani są z nieudawanym szacunkiem, poważani i uznawani za tych najmądrzejszych i którym należy się najlepsze traktowanie! Ale o babciach i dziadziach arabskich kiedy indziej, wróćmy na salę obrony.
Kiedy już cała rodzina usadowiła się, Pan Super Cwany Arab jeszcze co najmniej trzy razy wstał by porobić zdjęcia. Ale nie prezentującym! Sobie i swojej rodzinie! A jaki był z siebie zadowolony! Wspomniałam że nieśli ze sobą ze dwa bukiety, trzy torby z czekoladkami i 5 balonów z helem z hasłami gratulacyjnymi. Cały ten ekwipunek dosłownie wtłoczyli ze sobą na salę;) Dzieciaki też nie raz podniosły się z miejsca i biegały tam i z powrotem jak kijanki w kałuży.
Po krótkiej chwili ciszy i spokoju, podczas której wreszcie mogłam skupić się na omawianym projekcie dyplomowym chłopaków, na salę wtargnęło trzech młodzieńców z aparatem, reszta ich świty została za drzwiami, które trzymali otwarte. Śmiali się, rechotali, gadali, jeden drugiego zdzielił po karku...trzech zaś, którzy weszli na salę nie zostawali w tyle, robili dokładnie to samo, plus zdjęcia. 


Ahmad - już po obronie

Podobne ewenementy miały miejsce jeszcze wiele, wiele razy podczas prezentacji. Aż w końcu chłopaki skończyli. Czego dotyczył ich projekt? Zaprojektowali mobilną aplikację, której celem jest ułatwienie studentom transportu na Uniwersytet z różnych miejsc w Ammanie, a także kilka linii i przystanków transportu publicznego, które można w przyszłości rozbudować. Teraz zrobię coś bardzo złego i powiem prawdę. Nie zaprojektowali tylko zapłacili za zaprojektowanie, ale to już między nami, poza tym wszyscy dobrze wiemy że i w Polsce spory procent studentów nie pisze własnych prac licencjackich czy magisterskich. Ale to taka degresja na marginesie.
Po zakończonej prezentacji projektu wszyscy zostali wyproszeni z audytorium, a komisja omawiała wraz z chłopakami ich projekt. To co działo się na korytarzu, wszechobecne papierosy, dzieci, śmiechy, gwizdy i oczywiście głośne rozmowy, to tylko przedsmak tego co zaraz miało nastąpić. Gdy tylko drzwi sali zostały otwarte, cały tłum wcześniej rozpierzchnięty po korytarzach, teraz skłębił się przed drzwiami i począł na nie napierać. My weszłyśmy na końcu i oczom naszym ukazała się sala pełna powywracanych krzesełek i tłum ludzi obejmujący "obronionych", cykający zdjęcia, krzyczący, śpiewający, śmiejący się, kobiety wydawały charakterystyczne dźwięki przy pomocy ust i języka. Cały ten tłum klaszczący, śpiewający i wiwatujący wylał się na korytarz, w powietrze (na korytarzu) wystrzeliwano petardy, więc cały tłum został obleczony pachnącym dymem i przechodząc przez cały kampus w końcu wydostał się na zewnątrz budynku. A na zewnątrz...
Czterech obronionych towarzystwie innych kolegów stanęło na wysokim murku, klaskali i śpiewali, a wszyscy pozostali zgromadzili się przed murkiem niczym przed sceną i wtórowali obronionym, również klaszcząc i śpiewając! Wszyscy się śmiali, tańczyli, było głośno i radośnie!

świętowanie czas zacząć!

Nagle, cały ten śpiew i oklaski zostały uciszone, a  tłum uformował koło, skupiając się wokół jednej osoby. To Matrona Jej Pulchność Babcia Arabska rozpoczęła swój recital! Zawodząc i wyjąc inicjowała tradycyjne, muzułmańskie pieśni tak skonstruowane że jedna osoba zaczyna reszta jej odpowiada. Wszyscy pokornie uciszali się nawzajem, nikt się nie śmiał, nie szydził, i cała szalona młodzież odpowiadała na wyjce Babi Arabskiej. A Babcia Arabska ani nie myślała kończyć. Takie pieśni zazwyczaj liczą sobie dobre parędziesiąt zwrotek! W końcu gdy wyczerpał jej się repertuar młodzi porwali licencjatów z murka, i na swoich barkach nieśli ich aż poza bramy uniwersytetu. Po drodze obsypali ich sztucznym śniegiem i tonami konfetti;) Na zewnątrz campusu, gdy tylko niesione sylwetki przeszły przez bramę, roztrąbiły się klaksony samochodów, z sześciu chłopa na motorach dodawało gazu warcząc i bucząc i robiąc wokół kupę dymu. Siostry i matki rozdawały wszystkim puszki z sokiem i knafe, tradycyjne arabskie słodycze, zabawie i radości nie było końca. W bardzo powolnym tempie całą ta biba przenosiła się do samochodów a samochodami w inne miejsca imprezowania. Ale podkreślam bardo powoli, bo staliśmy tam chyba ze dwie godziny z bawiącym się tumem, pożerając knafe i cukierki;)

 niesieni na barkach, śniegiem sypani - licencjaci

 motocykliści robią zadymę;)

 i nie tylko motocykliści!

 tradycyjna knafe dla gości

 Ahmad i jego siostra - popraweczki przed sesją zdjęciową:)))

 był i Pan na koniu, bo to przecież środek pustyni:)

Takie to właśnie wyjątkowe przeżycie spotkało mnie ostatnio. Do dziś nie mogę uwierzyć w to wszytko, co tam zobaczyłam! Już sama nie wiem, co mnie bardziej zaskoczyło, sama obrona, czy biba poobronna;) Jedno muszę przyznać. Choć nie wyobrażam sobie prezentowania pracy w takich warunkach, to braku stresu, spiny i sztucznego patosu uniwersyteckiego im zazdroszczę!;)


piątek, 8 stycznia 2016

Wędrówki palestyńskie. Ramallah

Święta w Betlejem, Święta w Jerozolimie! Chyba od początku moich bliskowschodnich voyage'y marzyłam o spędzeniu Świąt tam gdzie narodził się Jezus! Kiedy w październiku wyjazd stanął pod znakiem zapytania, opadła na mnie zasłona smutku i milczenia:D
Finalnie, na początku grudnia, trochę szaleńczo zadecydowałyśmy: jedziemy!


Gdzie śpimy? Na couchsurfing'u oczywiście! Jak podróżujemy? Busami, może stopem...;)


Dzień przed wyjazdem przygotowałam placuszki z tartej cukinii z cebulką, złapałam kilka torebek polskich zup "instant", zgarnęłam śpiwór, co najmniej 5 swetrów, paszport, aparat i w drogę! Poziom mojej ekscytacji był wyjątkowo wysoki! Bardzo wczesnym rankiem złapałyśmy taksówkę i ruszyłyśmy w stronę islamskiego szpitala, skąd odjeżdżały jett-busy na most Hussayna - przejście graniczne z Palestyną (zwane również przejściem granicznym z Izraelem). Swoją drogą islamski szpital już na zawsze budził będzie we mnie miłe wspomnienia, pamiętacie moje przygody z Aqaby?:D

Zakupiłyśmy bilety - elegancko - imienne:D i ruszyłyśmy! W miarę gdy zbliżałyśmy się do granicy rosło natężenie słońca i temperatury na zewnątrz, (wtedy jeszcze nie wiedziałam że pożałuję wzięcia pięciu swetrów zamiast jednej pary okularów przeciwsłonecznych!) a krajobraz stawał się coraz bardziej górzysty. 


I granica. Zanim opiszę cały proces przejścia przez granicę, muszę nadmienić pewne obostrzenia do jakich musiałyśmy się zastosować na co najmniej dwie doby przed. Brzmi poważnie, a jest to wręcz kuriozalne! Otóż jak wiadomo, w Jordanii pracuję z uchodźcami, głównie z Palestyny i z Syrii. Wiadomo także że (nowo)twór Izrael nie uznaje poprzedniego właściciela owych ziem, na których stacjonuje, czyli Palestyny, oraz neguje wszystkie pro-palestyńskie działania. Zdarzyło się już tak nie raz w przeszłości, że nawet obywatele USA czy Europy w jakiś mniejszy lub większy sposób powiązani ze sprawą Palestyny lub z samymi Palestyńczykami, nie byli wpuszczani na tereny kontrolowane przez Izrael. Izraelczycy mają bardzo rozbudowany system przeszukiwania informacji osobowych, dlatego też przed wyjazdem zmuszona byłam zlikwidować wszystkie możliwe konta internetowe, które po nitce do kłębka doprowadziłyby służby graniczne do mojej rzeczywistej pracy tutaj. Tak więc facebook, academio, gmail,whatsapp itd zostało dezaktywowane a miejsce jordańskiej karty sim zajęła polska. Przywdziałam swoją czerwoną bluzę z napisem "kiss me it's Christmas" i hola szturmem ruszyłam przez granicę udając, że ni słowa po arabsku nie rozumiem;).

Gruby Pan przy okienku zmierzył mnie wzrokiem i przez co najmniej kwadrans wyszukiwał mnie we wszystkich możliwych systemach. Szczęśliwie dla mnie owo dochodzenie się zakończyło, pozostał jeszcze wywiad: Co Pani robi w Jordanii? Uczę angielskiego. Gdzie? Kogo? Przy Kościele oo. Jezuitów...(mea culpa, jest to rzecz jasna pół-prawda, wszak z kościołem oo. Jezuitów mam do czynienia, i nawet pewna współpraca między nami się odbyła, i rzeczywiście była powiązana z moim uczeniem angielskiego ale nici szyjące te historię są wyjątkowo grube...) Po co Pani jedzie do Izraela? I tym momencie Paula radośnie wskazując na swoją czerwoną, świąteczną bluzę wykrzyknęła na głos: for Christmas!. Z oczu Grubego Pana już wyczytałam, że przekroczę dziś tę granicę:D Tak też się stało, niecałą godzinę później siedziałyśmy już w busiku do Jerozolimy!



W Jerozolimie wymieniłyśmy walutę (szekle) i zgodnie stwierdziłyśmy że dobrze byłoby skontaktować się z naszym hostem oraz znaleźć transport do Ramallah, na północy Zachodniego Brzegu. Rozpoczęłyśmy więc poszukiwania Wi-Fi z marnym skutkiem, postanowiłyśmy więc ładnie uśmiechnąć się do kogoś i poprosić o możliwość wykonania krótkiego telefonu (no bo przecież palestyńskiej karty sim jeszcze wówczas nie miałyśmy a nawet nie zakładałyśmy że kiedykolwiek ją mieć będziemy!) Kupiłyśmy świeżo wyciskany sok z grapefruitów i pomarańczy i zatrzepotałyśmy rzęskami do sprzedawcy. Niestety nasz host nie odbierał...zostawiłyśmy mu więc wiadomość na couchsurfingu i udałyśmy się w poszukiwaniu busów do Ramallah.



Ramallah.

Nie wierzyłam własnym oczom kiedy po raz pierwszy ujrzałam to miasto skąpane w słońcu. Czysto, zielono, jakoś tak spokojnie. Moje pierwsze skojarzenie przywiodło mi na myśl jedno z tych leniwych, śródziemnomorskich miasteczek, rodem z Italii czy Espanii, siestujących po obiedzie w oczekiwaniu na zachód słońca. Oczywiście szybko udzielił nam się ten nastrój i zamiast zwiedzać łapałyśmy słońce na jednym z przydrożnych murków, tocząc niekończące się rozmowy na rozmaite tematy. Grunt to dobry kompan w podróży!
Kiedy wreszcie, mówiąc kolokwialnie, ogarnęłyśmy się, powrócił temat naszego hosta z którym wciąż nie miałyśmy kontaktu. Postanowiłyśmy więc za wszelką cenę znaleźć jakąś kawiarnie z WIFi i w końcu zjeść śniadanie! A nie było to takie łatwe! (Ku naszemu zdumieniu, przyzwyczajone że zawsze i wszędzie jest WiFi, tu odkryłyśmy że nie każdy ma ten luksus. Otóż Izrael blokuje Palestyńczykom dostęp do rozmaitych aplikacji i serwerów, np w ich sieciach telefonii komórkowej przez długi czas nie było internetu, obecnie łaskawie udostępnili im 2G za bajońskie sumy, sami przenosząc się na 4G. A ja kiedy chciałam pobrać ponownie whatsapp już na miejscu okazało się do niemożliwe, bo znajdowałam się na terenie Palestyny...) W końcu zaciągnęłam nas do jakieś, w Polsce powiedzielibyśmy po PRL-owskiej kawiarni gdzie, jak się później okazało, byłyśmy aż jedynymi przedstawicielkami płci piękniej...!) Jest wiadomość od hosta! Szkoda tylko że całkowicie arabska...(czytaj, nic z niej nie wynika...:D)

Zjadłyśmy więc co miałyśmy, wypiłyśmy kawusię (ja herbatkę z imbirem, mmm!), wzbudziłyśmy ogromne zainteresowanie i ruszyłyśmy w miasto! 




Przezabawny był to dzień, gdyż mniej więcej co 1-2 godziny zapędzałyśmy się z powrotem w okolice kawiarni, w której śniadaniowałyśmy coby sprawdzić maila od hosta, i zaczepiłyśmy chyba z 5 różnych mieszkańców z prośbą o wykonanie telefonu:D Potem już wraz z hostem żartowałyśmy, że teraz pół miasta ma jego numer telefonu! 

Z ciekawszych informacji: odwiedziłyśmy muzeum Ramallah, gdzie miałyśmy okazję przyjrzeć się historii terenów na których dziś się znajduje z archeologicznej strony, znalazłyśmy kościół z prześlicznym ogrodem i uczestniczyłyśmy w Mszy Św, odwiedziłyśmy także magiczne miejsce - dom dziedzictwa pewnej wiekowej rodziny. Dlaczego jest to tak wyjątkowe miejsce? Otóż oprócz pomysłowego wnętrza, ciekawie zaaranżowanych pomieszczeń służącym niegdyś m.in za stajnie, czy bawialnie, pomysłodawcą i właścicielem domu jest jeden z jego potomków, który od początku do końca sam stworzył to miejsce, nie przyjmuje żadnej pomocy z zewnątrz a głowę ma pełną pomysłów jak swój biznes rozwinąć. Bardzo przypadło nam do gustu jego wizjonerskie podejście i pasja, w ty co robi. Wypiłyśmy tam też kawkę, pożarłyśmy z tuzin czekoladowych mikołajów i ciasteczek, narobiłyśmy kupę zdjęć i wsłuchiwałyśmy się w historie rodziny, miasta, Palestyny...Co nas najbardziej zadziwiło? Że ojciec owego Pana Właściciela miał sobie żonę, ze dwadzieścia lat od siebie młodszą...(w tym momencie wyobraziłam sobie, że miałabym wyjść teraz za mąż za Pana w wieku 45 lat i aż mi się włosy na głowie mocniej skręciły z przerażenia!:D) 
Z innych ciekawych doświadczeń, to w końcu nie udało nam się odnaleźć grobu Jasera Arafata, ale troszkę o nim poczytałyśmy, natomiast wpakowałyśmy się do barwnego kościółka, badajże obrządku ortodoksyjnego, gdzie ja nie mogłam oderwać wzroku od barwnej postaci prowadzącej nabożeństwo, otoczonej przekolorowymi ikonami, obrazami, światełkami, dekoracjami i świecami, gdzie po raz pierwszy w życiu zjadłam błogosławiony chleb!:D




Wędrując tak sobie uliczkami miasta, cykając fotki św. Jerzemu nad drzwiami spotkałyśmy na rogu pewnego starszego jegomościa, który rzeźbił w drewnie. Piękne to cudeńka wychodziły spod jego dłuta, choć muszę przyznać że mój wielbłąd, który dostałam w prezencie bardziej przypominał dinozaura, ale to pewnie dlatego że ja stresująco działam na ludzi:D Jak się później okazało w trakcie naszej dalszej podróży, Palestyna, mogę powiedzieć, słynie z takich drewienkowych pamiątek. Nie był to bowiem jedyny uliczny artysta rzeźbiarz, jakiego spotkałyśmy;) 

Tak więc nasze pierwsze dwie noce spędziłyśmy w urokliwym Ramallah, gdzie obecnie znajduje się siedziba rządu Okupowanych Terytoriów Palestyny, i gdzie (jak już później zostałyśmy poinformowane), najbardziej tętni życie nocne Palestyny:D 



sobota, 19 grudnia 2015

Smutna prawda o słowach

Moje poprzednie posty zazwyczaj pozytywnie odnosiły się do tutejszej kultury. Starałam się przełamać wiele stereotypów, które na niej narosły poprzez niezrozumienie, czy też niewiedzę. Jednak im głębiej poznaję tutejsze obyczaje, obyczaje ludzi z którymi na co dzień się spotykam, coraz więcej widzę i mój obraz o mentalności Arabów, czy zawężając Jordańczyków, Palestyńczyków, Syryjczyków czy Irakijczyków staje się coraz bardziej kompleksowy i złożony. 


 Petra, jedno z cudniejszych miejsc w jakich byłam!

Dziś chciałabym opowiedzieć o kulturze słowa. W jednym z poprzednich artykułów wspomniałam o relacjach między ludźmi, o ich ciepłych powitaniach i słowach płynących prosto z serca. Teraz chciałabym ująć ten temat z innej strony. 
Dla wielu może się wydać dziwnym, że obce sobie osoby zwracają się do siebie per "kochany/kochana". Tutaj jest to rzecz naturalna, że przypadkowy mężczyzna do sprzedawcy w sklepie powie kilka razy w ciągu jednego zakupu "habibi", czyli "mój kochany". To samo tyczy się kobiet (opcja mix tylko w rodzinie lub wśród znajomych:D) Oczywiście na początku następuje również seria pozdrowień, w stylu "jak się masz, jak życie, jak zdrowie, co nowego, niech Ci Bóg błogosławi, dzięki Bogu że wszystko w porządku". Z jednej strony powiemy:przesadzone. Z drugiej strony z moich obserwacji wynika, że takie podejście bardzo porządkuje taką, nazwijmy ją przypadkową relację, i kieruje na dobre tory. Po wymianie tak rzewnych kurtuazji można dobić każdego biznesu, i zawsze obie strony będą zadowolone - bo obie mają pozytywne nastawienie do siebie od samego początku. Czasem kiedy wchodzę do sklepu, czy taksówki, czy każdego innego publicznego miejsca, już na odległość stu metrów mogę wyczuć znudzenie, czy rozdrażnienie usługodawcy. I teraz są dwa wyjścia: po europejsku, jeśli zaczęłabym załatwiać swoje interesy pewnie i na mnie wpłynęłoby złe samopoczucie, np. fryzjerki czy sprzedawcy, pewnie nie moglibyśmy dojść do porozumienia i pewnie wyszłabym sfrustrowana. Jakże często tego doświadczamy w naszej Polsce;) A drugie wyjście, które zazwyczaj wybieram, to rozpocząć taką właśnie przerysowaną kurtuazją, przez pięć minut wypytywać o zdrowie, samopoczucie i wszystko co możliwe, a wtedy zły humor znika. Może nie znika, ale zostaje schowany w kieszeń, a usługa spełniona. I od razu lepiej, wychodzę z uśmiechem! Dlatego uwielbiam robić zakupy na tutejszym ryneczku. Nie tylko z powodu radosnego gwaru, przekrzykujących się sprzedawców, czy mnogości barw i zapachów. Ale także dlatego że zawsze mogę sobie uciąć kilka miłych pogawędek i od razu jest mi radośniej! 
Ale takie miłe słówka, a dokładniej taka krasomówcza natura bywa także zdradliwa, o czym ostatnimi czasy boleśnie się przekonałam. Nie wiedzieć czemu Arabowie mają tendencję do obiecywania złotych gór. Tylko szkoda że zazwyczaj nie mają zamiaru spełnić swoich obietnic. A obiecują, bo miło się takich słów słucha. "Tak tak, pojedziemy na wycieczkę do Aqaby, albo Petry, albo nad Morze Martwe". A potem otwierasz facebooka a tam zdjęcia z Petry, bez Ciebie:). "Co Ty na to, żeby wybrać się w piątek nad Morze Martwe?" Piątek mija, sobota, a Morze Martwe pozostaje martwe;). 
Smutna to prawda ale uczę się tutaj nie ufać ludziom. Moi najbliżsi dobrze wiedzą, że jestem stworzeniem wyjątkowo ufnym. W Polsce czasem źle się to dla mnie kończy, ale tutaj jest to co najmniej trzykrotnie gorsze. Tak więc uczę się powoli nie ufać ludziom. Jest w ich mentalności taka tendencja, którą moi życzliwi znajomi od jakiegoś czasu próbują mi wbić do głowy, że aby nie powiedzieć nie, nie mówi się nic, po prostu się ignoruje i znika, albo mówi się tak, a potem się ignoruje i znika. Wspaniała logika! "Pouczymy się jutro: angielski, arabski? - Pewnie, wpadnę do Ciebie wieczorem". Jeden wieczór, drugi wieczór...



Ekipa Tunezyjsko - Palestyńsko - Jordańska i Paula;)

Oczywiście nie zawsze i nie wszyscy. Jak im coś pasuje, lub na czymś zależy, to wtedy jak najbardziej trzymają się terminów, umów i słów. Mam takich znajomych którzy od powyższego schematu odbiegają, na których niemalże zawsze można polegać . (Niemalże, bo to wciąż Arabowie, więc mają swoje małe wyjątki, ale są tak małe, że akceptowalne i zazwyczaj później przepraszają i się poprawiają). Ale mam też znajomych, którzy na potęgę uprawiają tę arabską, złoto-górą krasomówczość, i rzecz jasna nie pokrywają swoich słów niczym. Oj jak mnie to mierzi nawet sobie nie wyobrażacie! (Z takimi znajomymi z oczywistych względów coraz mniej się koleguję:D) 
I tutaj sensu nabiera słynne "inshallah", czyli jak Bóg da. Wszystko jest inshallah, czyli nigdy nie wiadomo czy będzie, czy nie będzie. Bo kto to Boga wie, czy da czy nie da;) Jest to również bardzo wygodne rozwiązanie, bo to niegrzeczne powiedzieć "nie", tutaj raczej nie praktykuje się odmawiania, odmowę zastępuje właśnie "inshallah". A dlaczego jest to dla mnie bolesna lekcja? Ponieważ nie zliczoną ileś razy coś obiecanego miało się wydarzyć, jak m.in wycieczka nad Morze Martwe, czy zwykłe wyjście na miasto wieczorem, więc ja się nastawiłam, czekam, czekam i nic. A nie ma dla mnie nic gorszego niż takie marnotrawstwo tak cennego czasu, bo tak krótkiego, jaki tu mam. Gdybym wiedziała, że z planów nici, mogłabym zaplanować coś innego, ale wedle metody: tak, ignoruj, zniknij, siedzę i czekam i rzucam piorunami ze złości;)
Taka to smutna prawda o słowach, co rozpływają się w powietrzu...


czwartek, 19 listopada 2015

Jak mnie widzisz tak mnie znasz?

Po długiej przerwie powracam z moimi mackami ośmiorniczki, wyciąganymi codziennie w stronę Arabów i ich kultury. Wybaczcie tę przerwę, ale zmysły już tak mnie bolą od chłonięcia życia tutaj, że głowa nie nadąża z sortowaniem myśli a palce z przelewaniem ich na papier, pozostając old school'em:D

Dziś chciałabym podzielić się moimi spostrzeżeniami dotyczącymi percepcji. Niby wszyscy z zauroczeniem powtarzamy słowa Liska z Małego Księcia, że dobrze patrzy się tylko sercem, i że najważniejsze niewidoczne dla oczu. Kiedy jednak zderzamy tą naszą "w chmurach głowę" z tą naszą "na ziemi głową", to bywa że ten niebiański sens gdzieś nam ulatuje. Często i gęsto obserwuje taką tendencję w odbiorze Arabów. Zamiast patrzeć serduchami, napatrzymy się na tych wszystkich terrorystów, eksplodystów i już później nie lubimy Arabów. A to błąd.

Dziś dwie sytuacje, które pokazują, jak błędne trzymamy w sobie przeświadczenia.
Zacznę od cywilizacji. Jedno z ulubionych słów naszych pro-zachodnich aktywistów. Że my na zachodzie to jesteśmy bardziej cywilizowani, a tu to same dzikusy żyją:D
W zeszłym miesiącu odbywał się tu w Ammanie Street Art Festiwal. Zobaczyłam plakat i myślę sobie, hm...no ciekawe, street art w Jordanii? Jakieś wystawy, koncerty, konkurs breakdance (oni tu wiedzą co to jest breakdance???) Nie zastanawiając się zbyt długo wskoczyłam w tampki i hola na festiwal. Trwał bodajże 2-3 dni. Jak wielkie było moje zaskoczenie i jak wyjątkowe było to przeżycie!! Przyjechałam na Lwebdeh, jest to jedna z dzielnic Ammanu, dodam jedna z najstarszych i najlepiej zachowanych. A tam? Na każdej ulicy, przed każdą kawiarnią, na każdym kroku i rogu: ludzie radośni, pogrążeni w zabawie. Przed sklepem z alternatywnymi koszulkami grupa młodych chłopaków gra na bębnach, na gitarach, śpiewa i tańczy. Wokół nich tłum przysłuchujących się, mężczyźni i kobiety. Niektóre kobiety w hijabach. Wszyscy równie roześmiani, roztańczeni uczestniczą w tym ulicznym rock-jamie. Jak w Krakowie, jak w Londynie, jak w Berlinie! Ale tu wszystko ma ten dodatkowy smaczek, smaczek orientu. Plemienne bity na bębnach powplatane w rockowe brzmienia klasyków, do skakania w rytm muzyki dodaje się tu charakterystyczny, belly-dance'owy ruch bioder. Wszystko to wygląda niesamowicie! Teraz jest czas kiedy należy sobie wyobrazić Paulę stojącą z rozdziawioną buzią i przysłuchującej się temu wyjątkowemu performanceowi, przytrzymywaną przez znajomych coby się nie wyrwać i nie dołączyć do tej hecy!

Nie zdążyłam dołączyć bo porwał mnie kolejny tłum, wąż młodych ludzi podążających za dwoma bębniarzami i trębaczem, równie roztańczony i rozśpiewany! Doszliśmy do parku z rozległym placem no i zaczęło się. To breakdancerzy, to fire show, to różne grupy muzyczne!!! Jedni po drugich umilali czas pozostałym, wszyscy wspólnie bawili się i radowali. Wspaniale było być częścią tego wydarzenia!!! A to był dopiero początek!



Cały festiwal odbywał się w obrębie tej konkretnej dzielnicy. Niemalże każda kawiarnia, galeria czy garaż otwierały się na głodnych sztuki młodych ludzi. Wzdłuż małej uliczki graficiarze umieszczali na wielkich płótnach swoje kolorowe wiadomości ścienne. W podwórku jednego budynku można było podziwiać prace lokalnej artystki, abstrakcyjne i pokręcone jak sama twórczyni, z którą można było później stworzyć wspólne dzieło.
Przy innym barze znajdowała się wystawa zdjęć, przedstawiająca dzieła sztuki ulicznej z Gazy w Palestynie: "The eyes of Gaza". Można było wziąć sobie widokówkę i porozmawiać z autorem. Ta wystawa chyba najbardziej mnie poruszyła. Autor malował na murach, ścianach budynków i innych możliwych płaszczyznach oczy. Co ważne, udało mu się uchwycić ich głębię i przenikliwość. Wpatrując się w nie, miało się wrażenie że i one patrzą na nas. Oczy Gazy które patrzą na ulice, patrzą na ludzi, na dzieci, na reżim. Głębokie oczy które przyglądają się temu co z punktu widzenia lingwistów nazwać powinniśmy życiem. Na zdjęciach natomiast uchwycono owe oczy i gromadzące się wokół nich dzieci, w różnych sytuacjach i nastrojach. Dzieci widziane przez owe oczy.
Jeszcze gdzieś indziej toczyła się dyskusja o wpływie sztuki na społeczeństwo lokalne, w kolejnych podwórku otworzył się mini souq (ryneczek) z handmade'owymi notatnikami, biżuterią, torebkami, portwelikami, organicznym jedzeniem i recyclingowymi dziełami. Cała dzielnica tętniła życiem i kolorami. Tak wiele się działo, że trudno było być wszędzie i spróbować wszystkiego!

A już następnego dnia...od rana trwały przeróżne warsztaty związane ze sztuką uliczną ale także z hand-made, sztuką abstrakcyjną, sztuką muzyczną i filmową. (Gdzieś tu muszę dodać że wszystko o czym tu piszę było darmowe!) A wieczorem...wieczorem miał się odbyć zapowiadany konkurs breakdance, później koncerty RAPowe i afterparty na dachu:D
Wyobraźcie sobie skatepark. Z boku scena gdzie DJ miksuje swoje soczyste kawałki, na środku podium gdzie młodzi, zdolni chłopcy fikają najróżniejsze koziołki na ziemi i w powietrzu, używając dosłownie każdej części swojego ciała, a wokół siedzą, czy stoją ludzie: młodzi, starzy, kolorowi, w hijabach, z rozwianym włosiem, brodaci Arabowie i blond - zagraniczni. Wszyscy razem kibicują breakdancerom i cieszą się wolnym popołudniem. Już za chwilę zaś na scenę wbiegają artyści by kontynuować cały wieczór swoimi muzycznymi występami. I jak na co dzień nie słucham takiej muzyki, tak podczas tego koncertu bawiłam się świetnie! Jedną z raperek była Malikah, libańska piosenkarka o przesilnym głosie i o takiej sile ducha i charakteru, że dosłownie cała scena eksplodowała od jej energii! Niesamowite! Późnym wieczorem wszyscy przenieśliśmy się na after party, na dach jednego hotelu, by wyszaleć się przy dźwiękach elektrycznej muzyki. I znów - to nie koniecznie moje klimaty, a bawiłam się po prostu świetnie!
No dobrze, teraz spróbuję wyobrazić sobie możliwe pytania:
-- Tak, miałam krótki rękawek, a moja koleżanka Hiszpanka nawet koszulkę na ramiączkach i nikt nie popełnił samobójstwa widząc nas w takich ciuchach!
-- Tak, tańczyłam wśród Arabów i z Arabami, nikt nie złapał mnie za pupę ani za nic innego, nikt nie chciał mnie nigdzie zaciągnąć, ba! nikt nie zjadał mnie wzrokiem!
-- Tak, były tam też Arabski i w hijabach i bez - i wszyscyśmy się świetnie razem bawili
-- Nie, nikt mnie nie podrywał, przynajmniej nie bardziej niż w Polsce:D
-- Tak, młodzież piła alkohol, jednak wszystko w granicach rozsądku

Na inne pytania chętnie odpowiem w komentarzach;)
Jaki z tego morał? Wracając do rozważań na temat tych "cywilizowanych" i tych "dzikich". Jesteśmy tacy sami, tak samo szukamy możliwości ekspresji poprzez sztukę, muzykę. Tak samo chcemy czuć się młodzi, wolni, radośni. Tak samo potrafimy się wzruszyć, posmutnieć czy śmiać do rozpuku. Tak samo wiele mamy w sobie talentów, zdolności i piękna. Jesteśmy kolorowi, jesteśmy różnorodni i to jest naszą siłą! Na wzajem ubogacamy siebie, dzielimy się sobą, ubarwiamy nasz świat! To ogromna siła, ogromny potencjał jednak nie zawsze nasze oczy go widzą. Czasem musimy je zamknąć i otworzyć nasze serca. A wtedy odkryjemy jak wiele, wiele dobrego jest w ludziach innych od nas!



Druga sytuacja i związane z nią przemyślenia, którymi chciałam się z Wami podzielić to moja rozmowa z Syryjskimi kobietami, które uczę. Po lekcji, jak to już stało się zwyczajem, moje uczennice zaprosiły nas do mieszkanka jednej z nich na herbatkę/kawkę. Siedziałyśmy sobie i plotkowałyśmy, jak to my kobietki lubimy najbardziej. Rozmowa dotyczyła głównie różnic w naszych społeczeństwach, dotyczących relacji damsko-męskich. Kobiety opowiadały nam ile mają dzieci, w jakim wieku wyszły za mąż (uśredniając za mąż wychodzi się pomiędzy 17 a 23 rokiem życia, 26 to już super późno!, dzieci się ma od 4 do 12, gdzie 4 to super mało:D). My opowiadałyśmy jak to zazwyczaj wygląda w Europie i w pewnym momencie trach! Zderzyły się dwie totalnie różne perspektywy.
Zazwyczaj to my, Europejki, ze współczuciem przyglądamy się tym zahukanym, arabskim kobietom, spędzającym cały dzień w domu, które rodzą dzieci, potem wychowują dzieci, w między czasie gotują, piorą, sprzątają i są na każde zawołanie męża. Dla rodziny zmuszone są poświęcić swoje pragnienia, marzenia, swoje plany i zainteresowania. I o zgrozo, w dodatku muszą się zakrywać, chować włosy, czasem twarze i całe ciała pod obszernymi sukniami. Co to za życie? Do takiego stanu rzeczy, a raczej stanu percepcji przyzwyczaiłyśmy się my, zachodnie kobiety, z przymrużeniem oka słuchając, że to ich dobrowolny wybór, że są szczęśliwe i że to lubią.
Kiedy ja ojojowałam nad tym, że tak wcześnie wychodzą za mąż i że tak wiele dzieci mają, spodziewałam się z ich strony właśnie takiej reakcji: nie, my to lubimy, my się czujemy szczęśliwe. A co dostałam, wręcz zmroziło mnie i odebrało mi mowę.
Moje Panie mi na to że to ONE nam współczują. Że im przykro że nasze społeczeństwo czyni nam taką krzywdę!!! No nie, no jak, no o czym one mówią?!?!?!
A moje kobiety szczerze i głęboko współczują NAM, zachodnim kobietom, że nasze społeczeństwo zmusza nas do pozostawienia domu i rozpoczęcia pracy. Współczują nam, że przez to że musimy pracować, nie mamy czasu i siły na to, by mieć więcej dzieci i by spędzać z nimi i resztą rodziny więcej czasu, że nie możemy zadbać o dom. Patrzyły na nas jak na ofiary jakiegoś okrutnego reżimu, który odbiera nam część naszej kobiecości, tą część która buduje domowe ognisko. Współczują nam też tego, że przez to, że nie zajmujemy się tak jak one domem i dziećmi, nie jesteśmy w stanie zbudować pomiędzy nami takiej relacji, takich więzi jak one. Matka dla Arabów jest najważniejsza, w hierarchii stoi nawet przed żoną. A my? Ich dzieci będą się nimi opiekować, kiedy te się zestarzeją a nasze oddadzą nas do domów dla starców. I bardzo jest im przykro z naszego powodu. Bo dla nich nie ma nic piękniejszego niż budować dom, niż budować rodzinę i dbać o nią. Od najmłodszych lat ich marzeniem jest wyjść za mąż, później mieć wspaniały, ciepły dom pełen dzieci i miłości, do którego każdy chętnie wraca.



Z taką to właśnie percepcją przyszło mi się spotkać. I wytrąciła mnie ona z równowagi. Zawsze to zachodnie kobiety litowały się nad uciemiężonymi arabkami, a tu się okazuję że w ich oczach to my cierpimy pracując, robiąc karierę, czy podążając za swoimi pasjami, bo dla nich szczęście znaczy duży dom. Jednak im dłużej o całym zajściu myślę tym coraz cenniejsze staje się dla mnie. Usłyszeć z ust tych zahukanych kobiet, jak bardzo nam współczują...
Czy w swoich pragnieniach tak bardzo się różnimy? Wiele z nas także marzy o takiej właśnie rodzinie, o ciepłym domowym ognisku. Wiele z nas także zdecydowałoby się pozostać w domu by gotować, piec, dekorować, dbać... Więc aż tak inne nie jesteśmy. Oczywiście, w naszym społeczeństwie przeważa trend ambitnej kobiety, niezależnej, podążającej za swoimi pasjami, rozwijającej się. I dla wielu z nas, dla mnie, to właśnie jest szczęście. Wszystko jednak zamyka się w percepcji, w sposobie postrzegania, rozumienia. To co my rozumiemy poprzez szczęście Arabkom będzie kojarzyło się z cierpieniem. I vice versa, ich idealny dom dla nas będzie wiązał się z ubezwłasnowolnieniem;) Może więc myśląc jedne o drugich nie zakładajmy z góry, że któraś ma gorzej, bo właściwie nigdy do końca tego nie wiemy. Prawdą zaś jest że wcale tak bardzo się nie różnimy, my kobiety we wszystkich częściach świata!;)



Pięknie jest czasem doświadczyć czegoś tak zaskakującego, co poszerza nasze ograniczenia, niczym baletnica w szpagacie. Pięknie jest słuchać o tym, co widzą cudze oczy i o tym co czuje cudze serce. Pięknie jest to oglądać oczami, słuchać uszami i przyjmować sercem! Pięknie tu jest, wiecie!;)