sobota, 19 grudnia 2015

Smutna prawda o słowach

Moje poprzednie posty zazwyczaj pozytywnie odnosiły się do tutejszej kultury. Starałam się przełamać wiele stereotypów, które na niej narosły poprzez niezrozumienie, czy też niewiedzę. Jednak im głębiej poznaję tutejsze obyczaje, obyczaje ludzi z którymi na co dzień się spotykam, coraz więcej widzę i mój obraz o mentalności Arabów, czy zawężając Jordańczyków, Palestyńczyków, Syryjczyków czy Irakijczyków staje się coraz bardziej kompleksowy i złożony. 


 Petra, jedno z cudniejszych miejsc w jakich byłam!

Dziś chciałabym opowiedzieć o kulturze słowa. W jednym z poprzednich artykułów wspomniałam o relacjach między ludźmi, o ich ciepłych powitaniach i słowach płynących prosto z serca. Teraz chciałabym ująć ten temat z innej strony. 
Dla wielu może się wydać dziwnym, że obce sobie osoby zwracają się do siebie per "kochany/kochana". Tutaj jest to rzecz naturalna, że przypadkowy mężczyzna do sprzedawcy w sklepie powie kilka razy w ciągu jednego zakupu "habibi", czyli "mój kochany". To samo tyczy się kobiet (opcja mix tylko w rodzinie lub wśród znajomych:D) Oczywiście na początku następuje również seria pozdrowień, w stylu "jak się masz, jak życie, jak zdrowie, co nowego, niech Ci Bóg błogosławi, dzięki Bogu że wszystko w porządku". Z jednej strony powiemy:przesadzone. Z drugiej strony z moich obserwacji wynika, że takie podejście bardzo porządkuje taką, nazwijmy ją przypadkową relację, i kieruje na dobre tory. Po wymianie tak rzewnych kurtuazji można dobić każdego biznesu, i zawsze obie strony będą zadowolone - bo obie mają pozytywne nastawienie do siebie od samego początku. Czasem kiedy wchodzę do sklepu, czy taksówki, czy każdego innego publicznego miejsca, już na odległość stu metrów mogę wyczuć znudzenie, czy rozdrażnienie usługodawcy. I teraz są dwa wyjścia: po europejsku, jeśli zaczęłabym załatwiać swoje interesy pewnie i na mnie wpłynęłoby złe samopoczucie, np. fryzjerki czy sprzedawcy, pewnie nie moglibyśmy dojść do porozumienia i pewnie wyszłabym sfrustrowana. Jakże często tego doświadczamy w naszej Polsce;) A drugie wyjście, które zazwyczaj wybieram, to rozpocząć taką właśnie przerysowaną kurtuazją, przez pięć minut wypytywać o zdrowie, samopoczucie i wszystko co możliwe, a wtedy zły humor znika. Może nie znika, ale zostaje schowany w kieszeń, a usługa spełniona. I od razu lepiej, wychodzę z uśmiechem! Dlatego uwielbiam robić zakupy na tutejszym ryneczku. Nie tylko z powodu radosnego gwaru, przekrzykujących się sprzedawców, czy mnogości barw i zapachów. Ale także dlatego że zawsze mogę sobie uciąć kilka miłych pogawędek i od razu jest mi radośniej! 
Ale takie miłe słówka, a dokładniej taka krasomówcza natura bywa także zdradliwa, o czym ostatnimi czasy boleśnie się przekonałam. Nie wiedzieć czemu Arabowie mają tendencję do obiecywania złotych gór. Tylko szkoda że zazwyczaj nie mają zamiaru spełnić swoich obietnic. A obiecują, bo miło się takich słów słucha. "Tak tak, pojedziemy na wycieczkę do Aqaby, albo Petry, albo nad Morze Martwe". A potem otwierasz facebooka a tam zdjęcia z Petry, bez Ciebie:). "Co Ty na to, żeby wybrać się w piątek nad Morze Martwe?" Piątek mija, sobota, a Morze Martwe pozostaje martwe;). 
Smutna to prawda ale uczę się tutaj nie ufać ludziom. Moi najbliżsi dobrze wiedzą, że jestem stworzeniem wyjątkowo ufnym. W Polsce czasem źle się to dla mnie kończy, ale tutaj jest to co najmniej trzykrotnie gorsze. Tak więc uczę się powoli nie ufać ludziom. Jest w ich mentalności taka tendencja, którą moi życzliwi znajomi od jakiegoś czasu próbują mi wbić do głowy, że aby nie powiedzieć nie, nie mówi się nic, po prostu się ignoruje i znika, albo mówi się tak, a potem się ignoruje i znika. Wspaniała logika! "Pouczymy się jutro: angielski, arabski? - Pewnie, wpadnę do Ciebie wieczorem". Jeden wieczór, drugi wieczór...



Ekipa Tunezyjsko - Palestyńsko - Jordańska i Paula;)

Oczywiście nie zawsze i nie wszyscy. Jak im coś pasuje, lub na czymś zależy, to wtedy jak najbardziej trzymają się terminów, umów i słów. Mam takich znajomych którzy od powyższego schematu odbiegają, na których niemalże zawsze można polegać . (Niemalże, bo to wciąż Arabowie, więc mają swoje małe wyjątki, ale są tak małe, że akceptowalne i zazwyczaj później przepraszają i się poprawiają). Ale mam też znajomych, którzy na potęgę uprawiają tę arabską, złoto-górą krasomówczość, i rzecz jasna nie pokrywają swoich słów niczym. Oj jak mnie to mierzi nawet sobie nie wyobrażacie! (Z takimi znajomymi z oczywistych względów coraz mniej się koleguję:D) 
I tutaj sensu nabiera słynne "inshallah", czyli jak Bóg da. Wszystko jest inshallah, czyli nigdy nie wiadomo czy będzie, czy nie będzie. Bo kto to Boga wie, czy da czy nie da;) Jest to również bardzo wygodne rozwiązanie, bo to niegrzeczne powiedzieć "nie", tutaj raczej nie praktykuje się odmawiania, odmowę zastępuje właśnie "inshallah". A dlaczego jest to dla mnie bolesna lekcja? Ponieważ nie zliczoną ileś razy coś obiecanego miało się wydarzyć, jak m.in wycieczka nad Morze Martwe, czy zwykłe wyjście na miasto wieczorem, więc ja się nastawiłam, czekam, czekam i nic. A nie ma dla mnie nic gorszego niż takie marnotrawstwo tak cennego czasu, bo tak krótkiego, jaki tu mam. Gdybym wiedziała, że z planów nici, mogłabym zaplanować coś innego, ale wedle metody: tak, ignoruj, zniknij, siedzę i czekam i rzucam piorunami ze złości;)
Taka to smutna prawda o słowach, co rozpływają się w powietrzu...


czwartek, 19 listopada 2015

Jak mnie widzisz tak mnie znasz?

Po długiej przerwie powracam z moimi mackami ośmiorniczki, wyciąganymi codziennie w stronę Arabów i ich kultury. Wybaczcie tę przerwę, ale zmysły już tak mnie bolą od chłonięcia życia tutaj, że głowa nie nadąża z sortowaniem myśli a palce z przelewaniem ich na papier, pozostając old school'em:D

Dziś chciałabym podzielić się moimi spostrzeżeniami dotyczącymi percepcji. Niby wszyscy z zauroczeniem powtarzamy słowa Liska z Małego Księcia, że dobrze patrzy się tylko sercem, i że najważniejsze niewidoczne dla oczu. Kiedy jednak zderzamy tą naszą "w chmurach głowę" z tą naszą "na ziemi głową", to bywa że ten niebiański sens gdzieś nam ulatuje. Często i gęsto obserwuje taką tendencję w odbiorze Arabów. Zamiast patrzeć serduchami, napatrzymy się na tych wszystkich terrorystów, eksplodystów i już później nie lubimy Arabów. A to błąd.

Dziś dwie sytuacje, które pokazują, jak błędne trzymamy w sobie przeświadczenia.
Zacznę od cywilizacji. Jedno z ulubionych słów naszych pro-zachodnich aktywistów. Że my na zachodzie to jesteśmy bardziej cywilizowani, a tu to same dzikusy żyją:D
W zeszłym miesiącu odbywał się tu w Ammanie Street Art Festiwal. Zobaczyłam plakat i myślę sobie, hm...no ciekawe, street art w Jordanii? Jakieś wystawy, koncerty, konkurs breakdance (oni tu wiedzą co to jest breakdance???) Nie zastanawiając się zbyt długo wskoczyłam w tampki i hola na festiwal. Trwał bodajże 2-3 dni. Jak wielkie było moje zaskoczenie i jak wyjątkowe było to przeżycie!! Przyjechałam na Lwebdeh, jest to jedna z dzielnic Ammanu, dodam jedna z najstarszych i najlepiej zachowanych. A tam? Na każdej ulicy, przed każdą kawiarnią, na każdym kroku i rogu: ludzie radośni, pogrążeni w zabawie. Przed sklepem z alternatywnymi koszulkami grupa młodych chłopaków gra na bębnach, na gitarach, śpiewa i tańczy. Wokół nich tłum przysłuchujących się, mężczyźni i kobiety. Niektóre kobiety w hijabach. Wszyscy równie roześmiani, roztańczeni uczestniczą w tym ulicznym rock-jamie. Jak w Krakowie, jak w Londynie, jak w Berlinie! Ale tu wszystko ma ten dodatkowy smaczek, smaczek orientu. Plemienne bity na bębnach powplatane w rockowe brzmienia klasyków, do skakania w rytm muzyki dodaje się tu charakterystyczny, belly-dance'owy ruch bioder. Wszystko to wygląda niesamowicie! Teraz jest czas kiedy należy sobie wyobrazić Paulę stojącą z rozdziawioną buzią i przysłuchującej się temu wyjątkowemu performanceowi, przytrzymywaną przez znajomych coby się nie wyrwać i nie dołączyć do tej hecy!

Nie zdążyłam dołączyć bo porwał mnie kolejny tłum, wąż młodych ludzi podążających za dwoma bębniarzami i trębaczem, równie roztańczony i rozśpiewany! Doszliśmy do parku z rozległym placem no i zaczęło się. To breakdancerzy, to fire show, to różne grupy muzyczne!!! Jedni po drugich umilali czas pozostałym, wszyscy wspólnie bawili się i radowali. Wspaniale było być częścią tego wydarzenia!!! A to był dopiero początek!



Cały festiwal odbywał się w obrębie tej konkretnej dzielnicy. Niemalże każda kawiarnia, galeria czy garaż otwierały się na głodnych sztuki młodych ludzi. Wzdłuż małej uliczki graficiarze umieszczali na wielkich płótnach swoje kolorowe wiadomości ścienne. W podwórku jednego budynku można było podziwiać prace lokalnej artystki, abstrakcyjne i pokręcone jak sama twórczyni, z którą można było później stworzyć wspólne dzieło.
Przy innym barze znajdowała się wystawa zdjęć, przedstawiająca dzieła sztuki ulicznej z Gazy w Palestynie: "The eyes of Gaza". Można było wziąć sobie widokówkę i porozmawiać z autorem. Ta wystawa chyba najbardziej mnie poruszyła. Autor malował na murach, ścianach budynków i innych możliwych płaszczyznach oczy. Co ważne, udało mu się uchwycić ich głębię i przenikliwość. Wpatrując się w nie, miało się wrażenie że i one patrzą na nas. Oczy Gazy które patrzą na ulice, patrzą na ludzi, na dzieci, na reżim. Głębokie oczy które przyglądają się temu co z punktu widzenia lingwistów nazwać powinniśmy życiem. Na zdjęciach natomiast uchwycono owe oczy i gromadzące się wokół nich dzieci, w różnych sytuacjach i nastrojach. Dzieci widziane przez owe oczy.
Jeszcze gdzieś indziej toczyła się dyskusja o wpływie sztuki na społeczeństwo lokalne, w kolejnych podwórku otworzył się mini souq (ryneczek) z handmade'owymi notatnikami, biżuterią, torebkami, portwelikami, organicznym jedzeniem i recyclingowymi dziełami. Cała dzielnica tętniła życiem i kolorami. Tak wiele się działo, że trudno było być wszędzie i spróbować wszystkiego!

A już następnego dnia...od rana trwały przeróżne warsztaty związane ze sztuką uliczną ale także z hand-made, sztuką abstrakcyjną, sztuką muzyczną i filmową. (Gdzieś tu muszę dodać że wszystko o czym tu piszę było darmowe!) A wieczorem...wieczorem miał się odbyć zapowiadany konkurs breakdance, później koncerty RAPowe i afterparty na dachu:D
Wyobraźcie sobie skatepark. Z boku scena gdzie DJ miksuje swoje soczyste kawałki, na środku podium gdzie młodzi, zdolni chłopcy fikają najróżniejsze koziołki na ziemi i w powietrzu, używając dosłownie każdej części swojego ciała, a wokół siedzą, czy stoją ludzie: młodzi, starzy, kolorowi, w hijabach, z rozwianym włosiem, brodaci Arabowie i blond - zagraniczni. Wszyscy razem kibicują breakdancerom i cieszą się wolnym popołudniem. Już za chwilę zaś na scenę wbiegają artyści by kontynuować cały wieczór swoimi muzycznymi występami. I jak na co dzień nie słucham takiej muzyki, tak podczas tego koncertu bawiłam się świetnie! Jedną z raperek była Malikah, libańska piosenkarka o przesilnym głosie i o takiej sile ducha i charakteru, że dosłownie cała scena eksplodowała od jej energii! Niesamowite! Późnym wieczorem wszyscy przenieśliśmy się na after party, na dach jednego hotelu, by wyszaleć się przy dźwiękach elektrycznej muzyki. I znów - to nie koniecznie moje klimaty, a bawiłam się po prostu świetnie!
No dobrze, teraz spróbuję wyobrazić sobie możliwe pytania:
-- Tak, miałam krótki rękawek, a moja koleżanka Hiszpanka nawet koszulkę na ramiączkach i nikt nie popełnił samobójstwa widząc nas w takich ciuchach!
-- Tak, tańczyłam wśród Arabów i z Arabami, nikt nie złapał mnie za pupę ani za nic innego, nikt nie chciał mnie nigdzie zaciągnąć, ba! nikt nie zjadał mnie wzrokiem!
-- Tak, były tam też Arabski i w hijabach i bez - i wszyscyśmy się świetnie razem bawili
-- Nie, nikt mnie nie podrywał, przynajmniej nie bardziej niż w Polsce:D
-- Tak, młodzież piła alkohol, jednak wszystko w granicach rozsądku

Na inne pytania chętnie odpowiem w komentarzach;)
Jaki z tego morał? Wracając do rozważań na temat tych "cywilizowanych" i tych "dzikich". Jesteśmy tacy sami, tak samo szukamy możliwości ekspresji poprzez sztukę, muzykę. Tak samo chcemy czuć się młodzi, wolni, radośni. Tak samo potrafimy się wzruszyć, posmutnieć czy śmiać do rozpuku. Tak samo wiele mamy w sobie talentów, zdolności i piękna. Jesteśmy kolorowi, jesteśmy różnorodni i to jest naszą siłą! Na wzajem ubogacamy siebie, dzielimy się sobą, ubarwiamy nasz świat! To ogromna siła, ogromny potencjał jednak nie zawsze nasze oczy go widzą. Czasem musimy je zamknąć i otworzyć nasze serca. A wtedy odkryjemy jak wiele, wiele dobrego jest w ludziach innych od nas!



Druga sytuacja i związane z nią przemyślenia, którymi chciałam się z Wami podzielić to moja rozmowa z Syryjskimi kobietami, które uczę. Po lekcji, jak to już stało się zwyczajem, moje uczennice zaprosiły nas do mieszkanka jednej z nich na herbatkę/kawkę. Siedziałyśmy sobie i plotkowałyśmy, jak to my kobietki lubimy najbardziej. Rozmowa dotyczyła głównie różnic w naszych społeczeństwach, dotyczących relacji damsko-męskich. Kobiety opowiadały nam ile mają dzieci, w jakim wieku wyszły za mąż (uśredniając za mąż wychodzi się pomiędzy 17 a 23 rokiem życia, 26 to już super późno!, dzieci się ma od 4 do 12, gdzie 4 to super mało:D). My opowiadałyśmy jak to zazwyczaj wygląda w Europie i w pewnym momencie trach! Zderzyły się dwie totalnie różne perspektywy.
Zazwyczaj to my, Europejki, ze współczuciem przyglądamy się tym zahukanym, arabskim kobietom, spędzającym cały dzień w domu, które rodzą dzieci, potem wychowują dzieci, w między czasie gotują, piorą, sprzątają i są na każde zawołanie męża. Dla rodziny zmuszone są poświęcić swoje pragnienia, marzenia, swoje plany i zainteresowania. I o zgrozo, w dodatku muszą się zakrywać, chować włosy, czasem twarze i całe ciała pod obszernymi sukniami. Co to za życie? Do takiego stanu rzeczy, a raczej stanu percepcji przyzwyczaiłyśmy się my, zachodnie kobiety, z przymrużeniem oka słuchając, że to ich dobrowolny wybór, że są szczęśliwe i że to lubią.
Kiedy ja ojojowałam nad tym, że tak wcześnie wychodzą za mąż i że tak wiele dzieci mają, spodziewałam się z ich strony właśnie takiej reakcji: nie, my to lubimy, my się czujemy szczęśliwe. A co dostałam, wręcz zmroziło mnie i odebrało mi mowę.
Moje Panie mi na to że to ONE nam współczują. Że im przykro że nasze społeczeństwo czyni nam taką krzywdę!!! No nie, no jak, no o czym one mówią?!?!?!
A moje kobiety szczerze i głęboko współczują NAM, zachodnim kobietom, że nasze społeczeństwo zmusza nas do pozostawienia domu i rozpoczęcia pracy. Współczują nam, że przez to że musimy pracować, nie mamy czasu i siły na to, by mieć więcej dzieci i by spędzać z nimi i resztą rodziny więcej czasu, że nie możemy zadbać o dom. Patrzyły na nas jak na ofiary jakiegoś okrutnego reżimu, który odbiera nam część naszej kobiecości, tą część która buduje domowe ognisko. Współczują nam też tego, że przez to, że nie zajmujemy się tak jak one domem i dziećmi, nie jesteśmy w stanie zbudować pomiędzy nami takiej relacji, takich więzi jak one. Matka dla Arabów jest najważniejsza, w hierarchii stoi nawet przed żoną. A my? Ich dzieci będą się nimi opiekować, kiedy te się zestarzeją a nasze oddadzą nas do domów dla starców. I bardzo jest im przykro z naszego powodu. Bo dla nich nie ma nic piękniejszego niż budować dom, niż budować rodzinę i dbać o nią. Od najmłodszych lat ich marzeniem jest wyjść za mąż, później mieć wspaniały, ciepły dom pełen dzieci i miłości, do którego każdy chętnie wraca.



Z taką to właśnie percepcją przyszło mi się spotkać. I wytrąciła mnie ona z równowagi. Zawsze to zachodnie kobiety litowały się nad uciemiężonymi arabkami, a tu się okazuję że w ich oczach to my cierpimy pracując, robiąc karierę, czy podążając za swoimi pasjami, bo dla nich szczęście znaczy duży dom. Jednak im dłużej o całym zajściu myślę tym coraz cenniejsze staje się dla mnie. Usłyszeć z ust tych zahukanych kobiet, jak bardzo nam współczują...
Czy w swoich pragnieniach tak bardzo się różnimy? Wiele z nas także marzy o takiej właśnie rodzinie, o ciepłym domowym ognisku. Wiele z nas także zdecydowałoby się pozostać w domu by gotować, piec, dekorować, dbać... Więc aż tak inne nie jesteśmy. Oczywiście, w naszym społeczeństwie przeważa trend ambitnej kobiety, niezależnej, podążającej za swoimi pasjami, rozwijającej się. I dla wielu z nas, dla mnie, to właśnie jest szczęście. Wszystko jednak zamyka się w percepcji, w sposobie postrzegania, rozumienia. To co my rozumiemy poprzez szczęście Arabkom będzie kojarzyło się z cierpieniem. I vice versa, ich idealny dom dla nas będzie wiązał się z ubezwłasnowolnieniem;) Może więc myśląc jedne o drugich nie zakładajmy z góry, że któraś ma gorzej, bo właściwie nigdy do końca tego nie wiemy. Prawdą zaś jest że wcale tak bardzo się nie różnimy, my kobiety we wszystkich częściach świata!;)



Pięknie jest czasem doświadczyć czegoś tak zaskakującego, co poszerza nasze ograniczenia, niczym baletnica w szpagacie. Pięknie jest słuchać o tym, co widzą cudze oczy i o tym co czuje cudze serce. Pięknie jest to oglądać oczami, słuchać uszami i przyjmować sercem! Pięknie tu jest, wiecie!;)


sobota, 10 października 2015

Co ja robię tu, czyli praca z uchodźcami cz.1

Uchodźcy.
Temat wyjątkowo gorący ostanimi czasy w Polsce i na całym świecie. Liczne debaty, kłótnie i artykuły nawet w jednym calu nie zbliżyły nas do znalezienia rozwiązania dla problemu, z którym przyszło nam się zmierzyć. 
Spróbujmy więc wspólnie wziąć pod lupę to rozdmuchane już na wszystkie strony zagadnienie i obejrzeć go pod nieco innym kątem. Tym merytorycznym, nie tym emocjonalnym, który tak często bierze górę w komentarzach internautów pod postami dotyczącymi uchodźców.

Dużo się mówi o ekologii, społeczeństwo jest podzielone: część wierzy w idee ochrony naszej planety, część upatruje się w niej jedynie chwytów marketingowych zagranicznych koncernów, chcących zarobić jeszcze więcej. Istnieją jednak pewne fakty, które niezależnie od naszego stosunku do nich, pokazują wpływ człowieka na zmieniający się klimat.
Przyznam szczerze że sama nie dostrzegałam w ekologii przyczyny napływu emigrantów do Polski do czasu...aż natrafiłam na wiele publikacji poświęconych temu zagadnieniu i dostrzegłam ten logiczny ciąg. Oczywiście pragnę uspokoić - to nie jest jedyna przyczyna, ale zachęcam aby i jej się przyjrzeć, aby spojrzeć nieco szerzej.
Mówi się o globalnym ociepleniu. Ci co srogie zimy w Polsce pamiętają pewnie rację temu przyznają, jednak zmiany te nie są w naszym regionie odczuwalne. Żyjemy w strefie klimatów umiarkowanych, jedyne co nam grozi w tym temacie, to zbliżenie się amplitud dodatniej i ujemnej,
i uśrednienie temperatury rocznej. Jednak nie wszyscy mieszkają w strefie klimatu umiarkowanego. Na niektórych terenach ludzie od lat borykają się z problemem braku wody. Na przykład Jordańczycy, czy Syryjczycy. Ja sama po raz pierwszy w życiu doświadczam tutaj problemu braku wody i uczę się ją oszczędzać. Dostawy wody "rządowej" odbywają się w każdą środę, i jest to "cleaning and washing day". Wówczas w każdym domu pracuje pralka, na ulicach można zobaczyć malutkie stróżki wody spływającej w dół, białe i mieniące się od piany i chemikaliów. Ludzie wszystko myją i piorą, bo pod koniec tygodnia mogą już nie mieć na to szansy. W kranach jest bardzo małe ciśnienie, coby uniemożliwić nadmierne marnowanie tego cennego i życiodajnego surowca. Woda poddawana jest tu wielokrotnemu recyklingowi. My w mieszkaniu, podczas zmywania nie wylewamy wody - magazynujemy ją w plastikowych pojemnikach i powtórnie wykorzystujemy do zmywania, potem do mycia podłogi, a ostatecznie spuszczamy ją w toalecie. Po co? Po to by nie zostać w poniedziałek lub we wtorek bez wody;) Dziwne, prawda? Dla nas dziwne, lecz tutaj bardzo normalne. Dzieci myje się jedno po drugim, potem wody używają dorośli. Ludzie znajdują tu wspaniałe rozwiązania! My nie musimy ich szukać, ale czy to znaczy że nas ten problem nie dotyka? Dotyka, ale w nieco inny sposób! Ale rozwijajmy kłębek powoli.
W Syrii także nie ma wody, ale w przeciągu ostatnich kilku, dziś już kilkunastu lat temu stan ten drastycznie się pogorszył. Rolnicy potracili plony, zwierzęta masowo wymierały. Według danych statystycznych, ok. 85% żywego inwentarza nie przeżyło suszy. Ponad połowa Syryjczyków utraciła swoje jedyne źródło utrzymania. Ludzie zaczęli szukać pomocy na czarnym rynku, co jeśli nie podobało się rządowi, doprowadzało do ich aresztowania. Rząd, jeśli już o nim mowa, nie wiele robił, aby sytuację naprawić, lub choć poprawić. Frustracja i bezsilność w społeczeństwie rosła a wraz z nimi szepty antyrządowe, czy pojedyncze bunty. Te jednak szybko i sprawnie były tłumione, co więcej Ci którzy wypowiadali się negatywnie o rządach Asada doświadczali tortur a nawet śmierci. Mieszkańcy wsi porzucali swoje farmy i masowo przenosili się do miast, które bardzo szybko stały się przeludnione, co tylko spotęgowało problem braku wody. Tylko niewielka część ludności napływającej do miast, zdołała znaleźć prace. Znaczna większość znalazła się na ulicach. Frustracja rosła. A że żyjemy w czasach, gdzie internet jest powszechnie dostępnym źródłem przekazu informacji, do wiadomości Syryjczyków szybko przedostały się wzmianki o rewolucji w Kairze i Tunisie, nazywanej przez nas Arabską Wiosną. Młodzi chłopcy, zmobilizowani i zmotywowani przez swoich kolegów z północnej Afryki, sfrustrowani i zmęczeni bieżącą sytuacją - pewnie w desperackim akcie przypływu młodzieńczej buty i odwagi, wypożyczyli kilka sloganów, którymi posługiwali się rebelianci w Tunezji czy w Egipcie i naskrobali je na murze w miejscowości Daraa. Dla nas, Polaków, Europejczyków, żyjących w realiach wolności słowa, to bardzo oczywista forma ekspresji, niejednokrotnie mijamy takowe poruszając się po mieście, czy to pod postacią graffiti czy okropnych bazgrołów - widzimy jak młodzież wyraża swoje emocje, wylewa z siebie te negatywne uczucia które się w nich kłębią. W młodzieży Syryjskiej także kłębią się negatywne uczucia, tylko że za ich wyrażanie 15 młodych chłopców zostało aresztowanych, Dalszy ciąg historii znacie, pozwolę sobie więc ją skrócić. Owi chłopcy pochodzili z szanowanych i dobrze sytuowanych rodzin, które od razu zareagowały i udały się do władz miasta. Niestety nic nie wskórali. Chłopcy byli bici i torturowani, co tylko potęgowało oburzenie i antyrządową agresję wśród mieszkańców. Ludzie wyszli na ulicę, rozpoczęły się strajki i bunty nie tylko w samej Daraa, ale w całej Syrii - chłopcy stali się symbolem początku syryjskiej rewolucji. Co ciekawe, i nie omieszkam tego pominąć, dziś podczas analiz geo-socjologicznych okazało się, że bojkoty i rebelie wybuchały dokładnie na terenach cierpiących największe straty spowodowane suszą. Cała rewolucja była dla sąsiadujących krajów oraz dla zachodu ogromnym zaskoczeniem. Mimo autorytarnych rządów Asada, Syria przez lata pozostawała bardzo stabilna i bezpieczna. Nawet tu, w Jordanii ludzie nie mogą się otrząsnąć po tej sytuacji, gdyż z Ammanu do Damaszku busy kursowały co godzinę, a ludzie zwykli byli udawać się tam na sobotni, rodzinny obiad, gdyż Damaszek słynął z najlepszych restauracji (kuchnia jordańska nie jest tak smaczna jak syrysjska, dopiero napływający Syryjczycy przywieźli wiele nowych potraw, świeżych warzyw i dziś najlepsze restauracje w Ammanie, to te prowadzone przez Syryjczyków!) Tak więc przez długi, długi czas wielu badaczy nie klasyfikowało tego, co działo się w Syrii, jako wyniku, czy jako części procesu Arabskiej Wiosny, co więcej, wielu nie było wstanie przyjąć do wiadomości że sytuacja w Syrii uległa destabilizacji! Dla mnie oznacza to tyle, a potwierdzają to także liczne rozmowy z ludźmi którzy krócej lub dłużej przebywali w Syrii, że zawsze był to kraj bezpieczny i stabilny. Nawet jeśli głowa państwa sprawowała rządy wręcz dyktatorskie, to przynajmniej udawało jej się utrzymać kraj w ryzach. Do czasu. Jeszcze raz, jak do tego doszło? Przez 40 lat Syria była stabilna i nagle booom! Wróćmy do klimatu, susze spustoszyły gospodarkę rolną w ciągu zaledwie kilku lat, rolnicy pouciekali do miast, mówiąc liczbami, miliony nowych mieszkańców przybyło za chlebem w ciągu zaledwie kilku lat. Już samo to destabilizuje sytuację. Reżim prezydenta pozostawał zaś ten sam. To właśnie ta nagła dynamika zmian pchnęła ludzi do wyjścia na ulicę i wszczynania buntów i powstań. Posługując się znów zaczerpniętymi z różnych źródeł statystycznych informacjami dodam, że nawet jeśli Syria ustabilizuje się politycznie, to zmiany i zniszczenia jakie spowodowała susza będą postępować aż do 2050 roku, lecz jeśli przez ten cały czas emisja gazów cieplarnianych się nie zmniejszy (na co wcale się nie zanosi), to przyjdą jeszcze gorsze susze, i sytuacja braku wody jeszcze się pogorszy. Ale jak to się ma do nas? Po pierwsze my przyczyniamy się do zmian klimatycznych, a robimy to bezwiednie, bo jak na początku zaznaczyłam, nas to bezpośrednio nie dotyka. Ale dotyka pośrednio. Bo ludzie uciekają z Syrii, uciekają przed reżimem, uciekają by przeżyć, uciekają tam gdzie będą mogli zarobić na utrzymanie swoich rodzin i gdzie nikt nie wsadzi ich do więzienia za frustracje, które nimi targają. Uciekają także do nas. Celowo pominęłam w całym dyskursie interesy zagranicznych imperiów, Rosji czy USA, jakie mają w tej całej rewolucji. Nic tak nie napędza rynku zbytu broni jak wybuchająca gdzieś rewolucja. Wspominam o tym, bo przez moment sama myślałam, że Syria poradzi sobie z problemem, przy pomocy z zewnątrz oczywiście, ale finalnie poradzi sobie. Dziś, im więcej czytam i rozmawiam, im więcej tu doświadczam, tym bardziej jestem przekonana że przedłużanie takiej niestabilnej sytuacji leży w interesie wielu zagranicznych rekinów, więc nie prędko ona się zmieni. Stąd, polecenie od Unii Europejskiej o przyjęciu przez nas Syryjczyków. 
Kogo więc przyjmujemy. Oczywiście, tego nigdy nie wiemy. Ale ja wiem tylko, że uciekają ludzie którzy chcą żyć, którzy chcą znaleźć skrawek bezpiecznej i spokojnej ziemi by uczciwie zarobić tam na chleb. Którzy chcą robić to, co robili wcześniej w swoim kraju: leczyć ludzi, uprawiać ziemię, handlować, gotować, produkować. Nie mają szansy robić tego w Syrii, więc uciekają z niej.

No dobrze, ale miałam zacząć pisać o swojej pracy. Ten długi wstęp, temat do którego pewnie niejednokrotnie jeszcze wrócę, miał być pewnym wyjaśnieniem i rzuceniem światła na przyczynę mojego pojawienia się na Bliskim Wschodzie i podjęcia czasem bardzo niewdzięcznej i trudnej pracy z uchodźcami. Jordania jest krajem który przyjął do tej pory najwięcej uchodźców. Mimo słabej gospodarki, mimo czychającego z każdej strony niebezpieczeństwa (Jordania graniczy z Syrią, Irakiem, Palestyną, i Arabią Saudyjską). W Jordanii żyje 6,7 mln ludzi. Połowa z nich to Palestyńczycy. 21% stanowią Syryjczycy, co daje już 71% procent całej populacji kraju...A wśród pozostałych powiedzmy 30% są również: rzesze Irakijczyków, Asyryjczyków, Armeńczyków, Czerkiesów, Czeczenów, Filipińczyków (stanowią 99% populacji mojego kościoła w Ammanie, pozostały 1% to ja, Sylwia i kilku Brytyjczyków^^). Ilu więc jest Jordańczyków w Jordanii? Ok. 20%.  

 Przedmieścia Sahab - ludzie mieszkają tu w namiotach.


Początkowo planowałam znaleźć sobie jakąś możliwość podszkolenia swojego Arabskiego. Potem zorientowałam się, że aby pozostać w Polsce i pracować z Arabskim powinnam pracować z uchodźcami. Jeszcze później odkryłam, że rząd i pozarządówki w Polsce nie mają pojęcia jak poradzić sobie z przybywającymi Syryjczykami, jak opanować narodowe dilemy dotyczące tego tematu. Więc postanowiłam przyjechać tu do Jordanii, do kraju uchodźców, by pracować z nimi, by uczyć się co to znaczy życie na obczyźnie, by zdobywać doświadczenie które potem będę próbowała dostosować do naszych polskich realiów. Jeśli dostanę taką szansę.

Rozpocznę więc cykl opowieści o mojej pracy od Syryjskich kobiet, którym wojna zabrała mężów i synów, które uciekły do Jordanii, osiedliły się w miejscowości Sahab pod Ammanem i wspólnymi siłami prowadzą teraz sierociniec, w którym mieszkają ze swoimi dziećmi i z przybranymi dziećmi, którym odebrano i ojców i matki i rodzeństwo. O dzieciach, bo z nimi także pracuję, napiszę później. Dziś kobiety.

Jest ich tam ok.15. Myślę że 15 to maximum. Każda z nich ma swoje malutkie mieszkanko w budynku nazwanym Dar al-Ajtam, czyli dom sierot. Każda z nich ma dzieci swoje i przyszywane dzieci. Tylko dwie mają tu mężów. Pojęcie sieroty dla muzułmanów jest nieco inne niż dla mieszkańców zachodu. Tutaj sierotą jest dziecko, które straci obojga rodziców LUB tylko ojca i najstarszego brata. Czyli dzieci posiadające tylko matki także są sierotami. Dlaczego? Bo w społeczeństwie muzułmańskim kobieta wciąż niewiele może;) To się oczywiście zmienia, ale bardzo powoli i te zmiany w różnych regionach różnie zachodzą. Wdowy zyskują szacunek i współczucie społeczne, ale często spotykają się z pogardą. Dlaczego? Ponieważ wkładane są do jednego worka z rozwódkami, jako te nieposiadające mężów. W społeczeństwie muzułmańskim to mężczyzna zarabia na utrzymanie rodziny. Rolą kobiety jest utrzymać dom i wychowywać dzieci. Jak wspomniałam, to się zmienia, ale wciąż to mężczyzna stanowi główne źródło utrzymania. Kiedy więc kobieta traci męża, zostaje postawiona w bardzo trudnej sytuacji. A jeśli do tego musi uciekać z kraju i jest samotną matką na obczyźnie...Nikt nie chce zatrudniać emigrantów, którzy nie mają obywatelstwa jordańskiego, bo jest to niezgodne z prawem. Mogą oni pracować jedynie na czarnym rynku, co oczywiście niejednokrotnie kończy się wyzyskiem, lub prowadzić własną działalność, co jest trudne do osiągnięcia. A co dopiero kobiety...Tak więc te kobiety radzą sobie jak mogą. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia jak one sobie radzą. Skąd w nich tyle siły. Codziennie walczą o przetrwanie dla siebie i dzieci. Trudnią się wszystkim. Sprzątają, sprzedają warzywa, rękodzieło, szyją. A przy tym wszystkim są po prostu niesamowite. Zawsze życzliwe, uśmiechają się, chcą się uczyć angielskiego! Kiedy tam przyjeżdżam częstują mnie wodą, kawą, czasem jedzeniem. Raz wyprawiły dla nas ogromną, sutą ucztę! Mimo iż nic nie mają, dzielą się wszystkim co mają! Dbają by ich dzieci otrzymały jak najlepszą edukację - to one same zaczepiły poprzednich wolontariuszy w centrum Sahab, gdzie znajduje się drugie centrum, w którym pracujemy, i zapytały czy nie pomoglibyśmy im, czy nie zgodzilibyśmy się uczyć ich dzieci angielskiego. Najpierw dzieci, potem je same. 
Tak więc jestem teraz m.in nauczycielką angielskiego kobiet Syryjskich. Normalnie każda z nich zakrywa włosy i twarz, ale kiedy przychodzę z Mitą, Dunką z którą prowadzę te zajęcia, zamykam drzwi i zaczynam lekcje, zrzucają z siebie chusty, zrzucają nakrycia wierzchnie. Wtedy mogą poczuć się bardziej swobodnie, uśmiechają się, żartują. Swoją drogą niezłe z nich cwaniaki. Jeśli któraś zna odpowiedź, wcale nie czeka na inne, tylko wykrzykuje ją na głos. Wiele wody jeszcze musi upłynąć zanim nauczę je, że nie mogą krzyczeć jeśli znają odpowiedź, bo wtedy pozostałe za chiny ludowe nic się nie nauczą, ale że Jordania cierpi na brak wody...:D
Nauka nie przychodzi im łatwo. Ich myśli cały czas oscylują wokół dzieci, domu, utrzymania. Bardzo jasno to widać podczas lekcji. Często się spóźniają, wychodzą wcześniej, przynoszą na lekcje najmniejsze dzieciaki. Czasem zdarza im się rozmawiać przez telefon. Ale nic na to nie poradzę, dla mnie to niesamowity sukces że w ogóle chcą się uczyć. Ostatnio jedna z nich podarowała mi całe pudełko daktyli. Daktyle są tu drogie, w ogóle Amman jest drogi! A mimo to nie mogłam nie przyjąć tego podarku, bo byłoby to niegrzeczne. Tutaj prezenty należy przyjmować!;)

Kilka moich uczennic z wolontariuszką, Katie.

Obserwując nasze uczennice mogę zauważyć, oraz bazując na tym co opowiadały wcześniejsze wolontariuszki, jak wielką przemianę te kobiety przeszły. Na początku były bardziej zamknięte, nieufne, teraz bardzo się otworzyły, rozkręciły! To pokazuje mi, że nasza praca i obecność tutaj ma sens! Klara, jedna z wolontariuszek ze Słowenii jest psychologiem. Ona także podkreśla w rozmowach, że nasza obecność wśród tych ludzi, nasz stosunek do nich jest dla ich sytuacji ogromną pomocą. I nie chodzi tu o sam angielski, ale właśnie o naszą obecność, pogodę ducha, o to że nie są nam obojętni! 
W takich sytuacjach zastanawiam się nad naszymi obawami, że muzułmanie w Polsce potworzą sobie swoje zamknięte komuny, tak jak na zachodzie. Człowiek potrzebuje wspólnoty, która zaspakaja jego podstawowe potrzeby takie jak poczucie bezpieczeństwa, przynależności, dzielenia. Muzułmanie którzy trafili na zachód byli pozostawieni sami sobie, nikt nie przejmował się ich losem, nikt nie kłopotał się by wdrożyć dla nich specjalne programy asymilujące ich ze społeczeństwem i jego kulturą, by uczyć ich języka. Ich podstawowe potrzeby nie były zaspokojone, więc zaczęli szukać sposobu, by je zaspokoić. Najłatwiej było zbudować małe wspólnoty z ludźmi, z którymi mają coś wspólnego, np język, korzenie, kolor skóry, religię, czy status społeczny. To bardzo normalne, od lat psychologom i socjologom znane zjawisko. Z biegiem czasu, gdy taka wspólnota staje się silniejsza, pewniejsza, zaczyna powoli zaspokajać kolejne swoje potrzeby, rościć prawa. Czy to coś złego? Nie, no znów normalne zachowanie. Z tym wyjątkiem, że jeśli taka nazwijmy to komórka zawiąże się w obcym kraju i obcej kulturze, będzie kultywować wewnątrz swoje tradycje i zwyczaje, potem także we właściwy dla siebie sposób będzie domagać się swoich praw i zaspakajać swoje potrzeby, nie w taki sposób, w jaki robi to społeczeństwo w którym taka komórka się buduje - bo nikt ich tego nie nauczył, nikt im tego nie pokazał, ale w sposób sobie swoisty. To rodzi oburzenie w społeczeństwie, niechęć i wrogość do danej komórki. Ale ich zamiary nie są złe, oni po prostu rozwijają się jak każde społeczeństwo, a że rozwijają się w środku innego społeczeństwa, to znowu prowadzi nas do początku tematu, dlaczego nie zasymilowali się? Można by powiedzieć że to leży w ich gestii żeby się zasymilować. Owszem. Ja przyjechałam do Jordanii, mam tu pracę, więc mam małe bo małe, ale zawsze - utrzymanie. Mam gdzie spać, mam co jeść. Znam język. Mogę się asymilować. Ale Ci ludzie zwiali śmierci, nie wiedzą gdzie są, nie znają kultury, języka, nie wiedzą co będą robić jutro, za tydzień, za rok. Ich pierwszą myślą nie będzie- nauczymy się języka, poznajmy kulturę, zasymilujmy się. Ich pierwszą myślą będzie - walczmy o przetrwanie, o jedzenie, o dach nad głową. Nic więc dziwnego że w naturalny sposób asymilują się sami ze sobą a nie ze społecznością do której trafili. A nie musi tak być. Jeśli to przyjmująca społeczność zadba o ten proces asymilacyjny, to ich potrzeby będą spełnione i nie będą tworzyć zamkniętych komun. Ja to widzę tutaj w bardzo jaskrawym świetle, więc mówię o tym głośno!
Ale wracając do kobiet. Ponieważ zauważyłyśmy że ich myśli wciąż krążą wokół rodziny, utrzymania, jedzenia, dzieci itd. wpadłyśmy z Mitą na pewien pomysł, który właśnie teraz rozpoczęłyśmy wcielać w życie. Mamy nadzieję, że projekt, który właśnie piszemy pomoże tym kobietom jeszcze bardziej się otworzyć, jeszcze bardziej uwierzyć w siebie a może i znaleźć dobrą, stałą pracę! Ale o tym, już następnym razem! Trzymajcie kciuki!!!

Dzielnica Palestyńczyków w Ammanie.


A to zdjęcie specjalnie dla moich dziadków: Babci Wandy i Dziadzi Lucjana: z ich ulubionymi bohaterami tureckich dramatów:)

niedziela, 27 września 2015

Arabska mentalność w pigułce

W czwartek zaczął się Eid. Jest to jedno z najważniejszych świąt obchodzonych przez muzułmanów, jeśli nie najważniejsze. Na tę okazję każdy winien sprawić sobie jakiś nowy ciuszek (ja również z tego względu postanowiłam obchodzić Eid:D) oraz jeśli rodzina jest w stanie ponieść większe koszta - zabić barana. Rytualne zabicie barana poprzez poderżnięcie mu gardła upamiętnia ofiarę jaką Abraham miał złożyć Bogu - swojego pierworodnego syna Ismaila. Tak, my Chrześcijanie wierzymy że chodziło o Izaaka, Muzułmanie wierzą że chodziło o Ismaila, syna poczętego z arabską niewolnicą, którego kolejnych 12 synów zapoczątkowało 12 arabskich plemion. Jedną trzecią barana oddaje się ubogim, jedną trzecią spożywa wraz z rodzinną a kolejną jedną trzecią oddaje krewnym. Eid trwa cztery kolejne dni i czasem bywa przyrównywany do naszego Bożego Narodzenia - w tym czasie także, otrzymuje się prezenty, przede wszystkim dzieci, jest dużo jedzenia i dużo odwiedzin. Ulice tętnią życiem do późnych godzin, a sprzyja temu pogoda, jest ciepło ale już nie upalnie. Po Eid ludzie zazwyczaj wciąż mają jeden dzień wolny żeby dojść do siebie po czterech wyczerpujących dniach jedzenia, picia i imprezowania:D

A my od tygodnia planowałyśmy z Karoliną wybrać się na wycieczkę, korzystając z wolnych dni;) Nasz super arabski kolega Naiyf zaproponował nam, że zabierze nas swoim samochodem do Wadi Rum - to taka skalista pustynia na południu Jordanii, gdzie mieszkał sobie niegdyś słynne Lawrence of Arabia i gdzie wciąż pomieszkują beduini, niestety coraz częściej dla celów turystycznych. Po Wadi Rum miałyśmy zażyć nieco morskiej kąpieli w Aqabie - turystycznej miejscowości leżącej nad zatoką morza czerwonego - jest to jedyne miejsce z dostępem do morza w Jordanii. Szczęśliwe przystałyśmy na jego propozycję, jednak kiedy przyszło nam rozmawiać o cenie tejże wojaży, nasza żydowskość wzięła górę i zaproponowałyśmy naszemu koledze, że na sam pobyt w Wadi Rum przyłączymy się do znajomych, którzy mają tam znajomych i dzięki temu płacą mniej. Nasz arabski kolega chętnie się zgodził, zapewniając jak to bardzo jest wobec nas szczery tylko po to, by następnego dnia stwierdzić że się wycofuje. Dlaczego? Niebiosa jeno wiedzą, bo ja na pewno nie. 

Tak więc we wtorek podczas gdy my przebrane w długie, czarne galabije i hidżaby udawałyśmy arabki i zwiedzałyśmy słynny meczet Króla Abd-Allaha, arabski kolega wystawiał nas do wiatru.



Jednak my, dzielne Polki, my się nie poddamy, parę godzin później już miałyśmy nakręcony plan B. Wedle planu B w środę, czyli następnego dnia miałyśmy jechać wraz z 3 innymi znajomymi do samego Wadi Rum, spędzić tam noc i następnego dnia wrócić. Samochodem znajomego znajomego znajomych;) Godzina 10 rano, Pan S'zofer podjeżdża osobówką i oznajmia że może zabrać tylko cztery osoby. A nas jest pięć. Co tu robić? Pan Arab nie wie, ale nie należy się martwić, bo inszaalla, coś się wykombinuje. Po dwóch godzinach i licznych telefonach okazało się, że jeszcze dwa dni temu Pan Szofer miał duży samochód, który spokojnie by na pomieścił, ale sprzedał go. Na szczęście nasze, kupiec dał się namówić na wypożyczenie nam owego, dwa dni temu kupionego samochodu, jednak, co na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą, postanowił również jechać z nami. Jako drugi kierowca. Jedną stroną twarzy już się ciesząc że: JEDZIEMY!!!, drugą przezornie zapytałam Pana Szofera, czy w takim razie cena pozostanie taka sama. Pan Arab utkwił wzrok w nieboskłonie pewno szukając objawienia i pomachał głową mówiąc nie, z jego ust zaś wypełzło małe OK OK. Aha, zapomniałabym dodać. Pan Arab ni słowa po angielsku nie kumał ani nie wypowiadał. Rozmowa toczyła się więc po arabsku, tudzież w bardziej dramatycznych i kryzysowych momentach telefonicznie, przez kolegę, my mu po angielsku on mu po arabsku i tą samą drogą z powrotem. Tak więc nasza wesoła piątka i dwóch kierowców ściśnięci w samochodzie ruszyliśmy w naszą podróż. Wspomnę jeszcze że jak Pan Arab Szofer zorientował się że coś tam po arabsku mówię, szybko mnie sobie upodobał i przez całą wycieczkę, co najmniej raz na półgodziny, budziło mnie: Bola, tłumacz! Bola, jak się masz? Bola ok, ok?...Tak, Bola to ja. Ja zaczęłam mówić eBola. Ale wracając do ceny. Ustalanie ceny z lokalsami to nie lada gratka. Dzień po powrocie miałam troszkę fixum dyrdum z załatwianiem transportu z i na lotnisko dla nowego wolontariusza, który przyjeżdżał z Chorwacji i obdzwoniłam w tym celu chyba z pół narodu. Było święto, wszyscy poza miastem, a jak w mieście, no to w święto chcą więcej pieniążka. Moja rozmowa z Panem Szoferem: Paula: Panie Abu ale jaka cena z i na lotnisko? Pan Szofer: ok, ok, żaden problem. P: No super że żaden problem ale ile dinarów??? PS: Żaden, problem, żaden problem, wszystko dobrze, Madam, wszystko dobrze. P: ....!!!!....!!!!....!!! Na gałązkę oliwną ILE!!! P.S: Ok, Ok, dobrze, Madam, dobrze, żaden problem....
I gadaj tu sobie...
Taka dłuższa dygresja a propos załatwiania czegoś z ludem arabskim, ale wróćmy do podróży. Po ok 5 godzinach i 7 postojach na: zapakowanie zapasowego koła, dokręcenie nowego koła, postój, kawę, postój, siku, itd. później, dotarliśmy na pustynię...




Powitał nas tam kolega naszego kolegi i przepakował na swojego pustynnego jeepa. Żeby nie było że wszystko tak łatwo i przyjemnie. Kolega wyglądał niczym Król Disco, miał długie włosy z grzyweczką wokół twarzy i kieckę w stylu Abby. Kiedy podjechaliśmy do bramy Wadi, podszedł do nas i coś tam mówił przez okno. My oczywiście, nie wiedząc że on to on, zaprawione w bojach poczęłyśmy go odganiać wykrzykując że nic nie chcemy kupować, nie potrzebujemy przewodnika, wielbłąda ani wózka widłowego i żeby dał nam spokój. Nawet nie wiecie jak wielkie było nasze zażenowanie, gdy się okazało że to jest właśnie nasz przewodnik który przyszedł nas przywitać...:D Ruszyliśmy przed siebie. Widoki były niesamowite. Pomarańczowe, wyczerpane palącym słońcem skały, żłobione bogato przez wiatr i być może niegdysiejszą wodę, na tle błękitnego, czystego nieba. Wokół cisza i piasek. Jeżdżąc sobie jeepem po pustyni zaliczyliśmy kilka postojów m.in na sandboarding, małą wspinaczkę, oraz miałyśmy okazję zobaczyć pozostałości po piśmie nabatejskim i wczesno-arabskim wyryte w skałach, co jest wyjątkowo cenne z punku widzenia naszych studiów:)
Po obejrzeniu malowniczego zachodu słońca przybyliśmy do małego obozu beduińskiego, gdzie czekały już na nas nasze namioty i kolacja. Beduini przyrządzają sobie posiłki kładąc jedzenie na gorących kamieniach, poukładanych w wykopanej wcześniej dziurze w ziemi. Po kilku godzinach i mięso i warzywa są już miękkie. Tak więc spożywałyśmy sobie naszą kolacyjkę, popijałyśmy super słodką herbatę z szałwią i relaksowałyśmy się po ciężkim dniu. Zamiast w namiotach postanowiłyśmy spać pod gołym niebem, coby obejrzeć gwiazdy. Wywlekłyśmy materace i koce (to prawda, nocą na pustyni jest zimno!) i usadowiłyśmy się wygodnie na środku obozowiska, oczywiście z dala od reszty, która zgromadziła się w kupę i tak zaległa parę metrów dalej. My miałyśmy swój prywatny kawałek pustyni. Ok. trzeciej w nocy obudziły nas dziwne warki i szczekanie, które jednak nie przypominało psiego szczekania. Głos dobiegał zza naszej łazienki. Niespełna minutę później zanim zdążyłyśmy się owego dźwięku przestraszyć ujrzałyśmy całą, pozostałą kupę turystów podrywających się w popłochu z miejsca i zwiewających do namiotów. Tak też stając się częścią masy i my postanowiłyśmy spanikować i na resztę nocy przenieść się do namiotu, tak na wypadek gdyby wilk/kojot/psokot/lis czy cokolwiek to było, miało jednak ochotę nas obwąchać bliżej.
Już dwie godziny później znów byłyśmy na nogach by przywitać przedzierające się przez skały, wschodzące słońce. W ogóle to śmiechowe że słońce zachodzi w trymiga ale już wschód zajmuje mu ze dwie godziny! Chociaż w sumie to nawet logiczne, zawsze zbiega się szybciej a wdrapuje wolniej. W każdym razie, po raz kolejny mogłyśmy powspinać się na skały, zobaczyć miejsca związane z panem Lawrence'm, nosicielem broni;) i ok. 12 w południe pakowałyśmy się już do naszego autka w drogę powrotną. Z rozrzewnieniem pożegnałyśmy piękną pustynię. Nie jestem w stanie opisać wrażenia, jakie na mnie zrobiła. Prostota i piękno, totalna cisza i spokój...Aż mi się na język suną pewne słowa z Biblii:)




Ale to nie koniec historii. W drodze powrotnej zaczynałam już powoli drzemać, gdy po godzinie jazdy zaczęliśmy zwalniać i wszyscy poczuliśmy zapach spalenizny. Finalnie, pośrodku pustyni samochód zaniemógł. I co teraz. Nie bez kozery na samym początku wpisu próbowałam nakreślić wagę święta Eid. Czwartek, pierwszy dzień Eidu. Dzień w którym wszyscy siedzą w domach z rodziną, wszystko jest zamknięte i my w zepsutym samochodzie pośrodku pustyni. Bajka! Cóż więc przyszło nam zrobić? Wysiedliśmy wszyscy z autka i zaczęliśmy go pchać wspak, pod prąd. Udało nam się przetransportować go na drugą stronę ulicy i odpalić silnik. Podejrzewaliśmy, że nasz kierowca spalił sprzęgło i skrzynia biegów nie działa, dlatego nie jesteśmy w stanie jechać pod górę. Zaczęliśmy się więc cofać z powrotem w stronę Wadi Rum. Po drodze zatrzymaliśmy się z pięć razy w różnych wioskach i gdy w końcu udawało nam się odnaleźć mechanika, (każdy w wieku ok 16 lat...) żaden z nich nie chciał, lub nie mógł nam pomóc. I tak w końcu dotarliśmy do Aqaby. (Gwoli wyjaśnienia: Amman, stolica Jordanii i moje obecne miejsce zamieszkania leży na północnym końcu kraju, Aqaba na południowym:D) W Aqabie Panowie Szoferowie pytali z dziesięć osób po drodze gdzie jest najbliższy mechanik, ale po przejechaniu 50m znów się gubili...W końcu udało nam się znaleźć mechanika, który zlitował się nad nami i zgodził naprawić naszą skrzynię biegów. Jego kolega upakował nas w 8 do osobówki i wywiózł nad morze:) Wysiedliśmy przy jakiejś prywatnej plaży, gdzie wstęp kosztował 40jd, tak więc już pewnie nie muszę dodawać że postanowiliśmy znaleźć jakąś darmową. Paula i Karolina, prowodyrki, ruszyłyśmy przed siebie, ale po chwili zorientowałyśmy się że nikt za nami nie idzie. Wracamy się więc i pytamy naszego kierowcy, na co czekamy? W odpowiedzi usłyszałyśmy: Wszystko dobrze, wszystko dobrze, za 5min przyjedzie kierowca z busem i pojedziemy na inną plaże. Jaki kierowca? Jakim busem? Co jest złego w tej plaży? Ta nie dobra, tamta czystsza, tu ludzie nie dobrzy...Ale my mamy tylko dwie godziny!?!?! Żaden problem, to 5min drogi stąd, żaden problem. 
I faktycznie. Za ok 5min podjechał jakiś Arab minibusem i zabrał nas na "inną plażę". Oczywiście, jak można się było spodziewać, droga trwała dłużej niż 5 min ale warto było. Plaża okazała się piękna a woda czyściutka. Paula i Karolina, dwa oszołomy które zobaczyły wodę, nie zważając na nic a już na pewno nie na Arabów wkoło, wskoczyły w kostiumy a potem pobiegły do wody. Żadna z nas, wielkich podróżniczek, nie wpadła na to że Aqaba leży nad zatoką Morza Czerwonego, i że jak Morze Czerwone to i rafy. Po ok 5min pluskania  w krystalicznie czystej i ciepłej wodzie usłyszałam krzyk Karoliny wołającej moje imię. Podpłynęłam bliżej a Karolina z zakrwawioną stopą w górze krzyczy: Paula, Paula, wyjmij to!!! Patrzę na stopę, a z niej wystaje ze trzydzieści czarnych kolców...Okazało się że Karolina nadepnęła na jeżowca! Wraz z Lukasem, kolegą z Niemiec wynieśliśmy ją na brzeg i spanikowani zastanawialiśmy się co robić. Nasi arabowie podbiegli do nas i jak zwykle: wszystko dobrze, wszystko dobrze, to nie problem...My spanikowani: szpital, szpital. Oni znów: to nie problem, wszystko dobrze, po czym zaczęli przypalać jej stopę papierosem! Tego było już za wiele. Odgoniłam ich i znalazłam jakiś policjantów na plaży, kazałam im dzwonić po karetkę i 5min później karetka była na plaży. Tak więc Karolina na karetkowym łożu, ja na siedzeniu obok pojechałyśmy do arabskiego szpitala. W drodze okazało się że panowie ratownicy nie mówiąpo angielsku, więc znów, arabski...Pierwsze pytanie jakie mi zadali po spisaniu danych z paszportu Karoliny było: Czy jesteście pewne że chcecie jechać do tego szpitala, bo to Islamski Szpital Wojskowy, jeśli wiecie co to znaczy. No pięknie. Karolina w bikini, ja w t-shirt-cie jedziemy sobie d Islamskiego Szpitala Wojskowego...Co w tym takiego niezwykłego? Po pierwsze kobiety, po drugie białe, po trzecie prawie nagie. Haram. Niedopuszczalne. Karolina została przykryta kocem a kiedy już znalazłyśmy się w szpitalu koc został zastąpiony szpitalnym prześcieradłem w taki sposób, aby przypadkiem żaden doktor i pielęgniarz nie zobaczył choćby kawałka nogi czy brzucha. Pan doktor kiedy ze mną rozmawiał patrzył się wszędzie, byle nie na mnie - prawie nagą białą kobietę! Oczywiście miałam na sobie koszulkę i spodenki, ale dla kultury muzułmańskiej to prawie jak nagość. Tutaj kobiety noszą rękawiczki nawet latem, coby nie pokazywać ciała. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie, ale w Islamskim Szpitalu Wojskowym....;)
Pan pielęgniarz opatrzył stopę i nakazał leczenie: moczenie w ciepłej wodzie;) Tak to właśnie działa, jak później wyczytałyśmy na forach. Miejsce z kolcami należy moczyć w ciepłej wodzie, oliwie, przykładać cytrynami i pomidorami - wszystko po to by zmiękczy wapienne kolce, aby ciało mogło samo się ich pozbyć. Ponieważ jednak rany były świeże i bolesne, Karolina miała dostać zastrzyk. W pupę. Należało więc znaleźć w tym celu jakąś pielęgniarkę, no bo jak to mężczyzna!?!?! Pani pielęgniarka wykonała zastrzyk, ale zanim to się stało zostałyśmy zamknięte w pokoju na klucz od środka, na wypadek, gdyby jakiś mężczyzna przez przypadek wszedł do sali!!!!;)
Pielęgniarka pozwoliła Karolinie ubrać się w spokoju i po chwili byłyśmy już gotowe opuścić tenże przybytek:) Zadzwoniłyśmy do reszty i okazało się że i nasz samochód jest już gotowy, możemy więc wracać do Ammanu! Podjechali po nas pod szpital, a tam w samochodzie jakiś dwóch obcych mężczyzn spogląda na nas z okna?!? Mechanicy, postanowili jechać z nami. Pewnie chcieli zobaczyć te sieroty które podczas dwugodzinnego pobytu w Aqabie zdążyły odwiedzić szpital:D Wysiedli parę metrów dalej a my pojechaliśmy do Ammanu! Szczęśliwie droga powrotna przebiegała już spokojnie poza tym, że niemiłosiernie się dłużyła! Co robią znudzone cztery baby na tylnych siedzeniach? Zaczęłyśmy śpiewać;) Dosłownie wszystko. Piosenki z bajek, z radia, z reklam:) Naszych dwóch kierowców i Lukas, którzy siedzieli z przodu na początku śmiali się i cieszyli z naszych dobrych humorów. Po pół godziny miny im już zrzedły...:)
I tak powróciłyśmy do Ammanu ok 11 w nocy;) To dopiero była podróż. Za zdecydowanie więcej niż jeden uśmiech;)







wtorek, 15 września 2015

Arabska gościnność, arabskie jedzenie, arabskie slow life...

Umawiamy się na 16:30. Godzinę później: "już jadę, jadę...". 
Pobyt w kraju arabskim to nic innego jak życiowa lekcja cierpliwości. U mnie kończy się ona na zagryzaniu warg, tępieniu zębów i robieniu dziury w ziemi butami. Za każdym razem, kiedy umawiam się  z przedstawicielem tutejszej kultury, czy to młodym, czy to starym, czy to wykształconym, czy prostym, czy mężczyzną czy kobietą...muszę mieć z tyłu głowy złożone zagadnienie arabskiego poczucia czasu. Arabskie poczucie czasu jest silnie związane z uprawianym przez nich bezwiednie i naturalnie, trendem "slow life", który to trend Europejczycy i Amerykanie próbują usilnie wprowadzić do swojej kultury w obecnych czasach. U Arabów on po prostu jest. Nikt się nad nim nie zastanawia, nikt też specjalnie nie próbuje go zmienić. Tutaj nikt nigdzie się nie spieszy, wszystko będzie zrobione "In-szaa-allah", czyli jak Bóg pozwoli. Umawiamy się na 4, inszaallah, pewnie o 5:30 przyjdzie, jeśli w ogóle, no bo przecież jeśli Bóg nie pozwoli no to cóż...siła wyższa, nic nie poradzisz przyjacielu. 
Tak więc gdy wreszcie po półtorej godziny od umówionego spotkania samochód podjechał, z wrażenia aż zapomniałam telefonu, no bo Alhamdu-allah, wreszcie jest! (czyli Dzięki Bogu, i tak na marginesie wystarczy znać te dwie frazy i można przeżyć w Arabowie :D) Dzwonię więc, że za godzinę - półtorej będę, bo na tyle właśnie planowana była podróż, ale nie...nie zapominajmy gdzie jesteśmy. Po drodze należy wstąpić do piekarni by kupić 100 siatek chleba i uciąć półgodzinną pogawędkę ze sprzedawcą, po co się spieszyć, slow life, alhamdu-allah. Następnie należy się zatrzymać u ogrodnika bo ciocia, czyli siódma siostra mamy piątego wujka taty brata któregoś z Muhammadów zażyczyła sobie bardzo konkretne wymiary jaśminu w doniczce. Więc należy spokojnie wyjść z samochodu, i spokojnie szukać, i spokojnie porównywać, i spokojnie zastanawiać się czy aby na pewno to te wymiary, i należy jeszcze co najmniej trzy razy do owej ciotki zatelefonować, aby się upewnić i potwierdzić zamierzony zakup. Na koniec nie zapominajmy o półgodzinnej pogawędce. No jak tak można bez pogawędki! 
Jedziemy dalej, zbliżamy się do umówionego miejsca i...tu pojawia się problem. Bo tu nie ma adresów. Mieszka się gdzieś koło ronda, przy dobrych wiatrach przy jakiejś ulicy. Ale numer domu i mieszkania? Hm...ja do tej pory nie znam adresu swojego ammańskiego mieszkanka. Wiem mniej więcej gdzie leży i to koniec mojej wiedzy:D Tak więc dojechaliśmy do ronda, które nam wskazano. Czekamy, czekamy...może to nie ta apteka. Jedziemy na drugą stronę ronda, znów czekamy. Piąta rozmowa telefoniczna z dokładnym opisem miejsca. I nic. Po niespełna godzinie jednak doszliśmy do porozumienia że to nie to rondo al-madina al-sinaija, tylko to drugie. Jak się nazywa? No chyba tak samo, tylko że jest małe a to przy którym my byliśmy jest duże:D Potem okazało się że być może i jest różnica w nazwie, ale miejscowi nie przywiązują do niej wagi, wciąż na tapecie było pytanie: ale to jest to małe rondo, czy to duże:D


Na słynnym rondzie w oczekiwaniu (w drodze z, bo w drodze do było już całkowicie ciemno)

W drodze powrotnej: czekaj na nas na rondzie o 10:10. O 10:20: Gdzie jesteście? Za 10 min będziemy. Byli o 10:57. 

Taki to ten arabski slow life jest. W wolne dni dozwolone jest biegać i do 2-3 w nocy by później spać do południa, a śniadanie jeść o 16. Jak trzeba szybciutko biec po jogurt do śniadania (he? szybciutko? biec?:D) to najpierw należy pobawić się z kolegą^^. Takie życie z naszej perspektywy wydaje się mało efektywne, ponieważ w naszym życiu działają nieco inne motywacje niż u Arabów. Dla nas istotna jest produktywność i wydajność, organizacja czasu i pracy. Usprawniamy proces, by poprawić wynik, jesteśmy zdyscyplinowani i od czasu do czasu nagradzamy się chwilą szaleństwa, czyli wyjściem na kawę z przyjaciółką albo spaniem do 9 zamiast 6-7. Tutaj coś zgoła innego gra pierwsze skrzypce. Tu ważne są relacje, tu liczą się ludzie.
Kiedy przybyłam do nieznanych sobie wcześniej ludzi na dzień dobry zostałam wyściskana, gorąco powitana, zapewniona że ich dom jest moim domem i zaproszona do pokoju gościnnego gdzie wszyscy czekali na mnie z obiadem. W Polsce też czasami to słyszę, ale wynika to albo z naszego poczucia że wypada, kurtuazja z mody nie wychodząca, albo jeśli są to szczere słowa, to ich siła i wydźwięk, oraz dopełnienie tych słów czynem nijak się ma do tego, co zapewniają Arabowie. Tu naprawdę czułam się jak u siebie w domu, jak członek wielkiej familii, gdzie każdy do każdego kilka razy dziennie mówi: bhybbyk, habibti, gelbi, hajati, helue i wiele wiele innych, czyli tyle co kocham Cię, moje kochanie, moje serduszko, świecie mój, moje powietrze, słodziutka moja itd. Powtarzam, każdy do każdego. Powitania i pożegnania są długie i rzewne, kilka razy dziennie należy się przytulić i ucałować, gdy wychodzi się z domu należy sobie życzyć wszystkiego co najlepsze, kazać na siebie uważać i zapewnić o modlitwie. I uwierzcie mi, nie są to tylko puste słowa. Tam ludzie naprawdę wyrażają swoje uczucia i emocje i naprawdę troszczą się o siebie, pomagają sobie nawzajem. W ich domach panuje ciepła, rodzinna atmosfera, pełna wzajemnej życzliwości i miłości. Dla nas, materialistów i karierowiczów to niezła odmiana. 
Ale wróćmy do śniadania. 
Na podłodze dzieciaki rozkładają folię i w mgnieniu oka ląduje na nich tuzin dań różnej maści: hummus, falafel, ful, zatar, oliwa z oliwek, kwaśny jogurt, gęsty serek biały, sałatka warzywna, sałatka z oliwek, dużo chlebka pita, omlet z pomidorami i cebulką....do tego woda, herbata czy inne napoje. Rodzina siada wokół tej uczty i urywając kawałki chlebka pita kosztuje raz po raz po trochu każdego ze specjałów. Zakładam że jest ich o wiele wiele więcej i mam nadzieję odkryć większość podczas mojego pobytu w Jordanii;) Arabowie uwielbiają jedzenie, jedzą dużo, ale wszystko to jest bardzo zdrowe, poza tym nikt tu nie dba specjalnie o linię, no bo w jakim celu, skoro krągłości nigdy nie wyszły tu z mody? Po śniadaniu kawusia. Aha, zapomniałabym. Wszystkiemu towarzyszą rozmowy i śmiechy. Następnie mężczyźni wychodzą a kobiety biorą się za obiad;)



Moja radość mówi sama przez się, poza tym ja w ogóle uwielbiam śniadania!

Nie zrozumcie mnie źle, mogłam zabrzmieć stereotypowo: mężczyźni out a kobiety do garów. Opowiadam o dniu wolnym, gdy zjechało się trochę rodziny i należy zrobić coś specjalnego. Ale faktycznie jest tak, że kobiety gotują i lubią to. To właśnie wypływa z tych więzi, z tej miłości. Przygotowanie takiego skomplikowanego i czasochłonnego posiłku, jakim był obiad, o czym zaraz, to nic innego jak wyraz miłości dla rodziny. Poza tym gotowanie nie polega na tym, że mama w pocie czoła stoi przy garach, nie. Warzywa bierze się do salonu, i krojąc i konwersując można śmiać się do rozpuku, oglądać telewizję czy śpiewać. Mama, córki - wszyscy pomagają!  
Na obiad miałam okazję pomóc w przygotowaniu: dawaali, czyli liście winogron zwinięte w malusie ruloniki, z nadzieniem w postaci ryżu pomieszanego z mielonym mięsem i przyprawami. Ruloniki są następnie zalewane wodą, pomidorami i kolejnymi przyprawami i gotowane lub pieczone. Przygotowanie ich zajmuje bardzo dużo czasu, ale są tu bardzo lubiane. Oprócz dawaali jest też saari ddżadż, czyli kurczak z cebulką w takiej przepysznej zalewie, oraz qusa mahszi, czyli ichniejsze malutkie cukinie, wydrążone i nadziane również ryżem i mięsem mielonym i zatkane liściem winogrona. Mniam.





Po obiadokolacji: kawa/herbata i....shisha! I tu znów wychodzi arabski slow life. Cała rodzina siedzi w salonie, pije kawę lub słodką herbatę koniecznie z miętą lub szałwią, pychotka! Kobiety palą sziszę, mężczyźni papierosy, dzieci biegają po dworze lub tarasie. Następnie można dodać sobie rozrywki i przyozdobić dłonie henną. Mama rozrabia proszek w kolorze khaki z wodą, następnie z foliówki i taśmy tworzy rożek, odcina końcówkę i gotowe - henniarka nadaje się do pracy;) Występują trzy rodzaje henny. Czerwona, najjaśniejsza ale i najzdrowsza. Otrzymywana bezpośrednio z wysuszonych liści, podobno ma zbawienne działanie na organizm. Pomaga odprowadzać z niego ciepło podczas gorączki czy w upalne dni. Jest też czarna i brązowa. Te dwie mają już dodatek barwnika i nie zawierają właściwości leczniczych, za to pięknie barwią skórę i włosy. Arabki uwielbiają przyozdabiać się henną, zresztą nie tylko henną, mają piękne szale, kolczyki, zawsze nienaganny i mocny makijaż, pełno bransolet i naszyjników. 
Gdy henna utleniła się już na skórze, można trochę potańczyć. Rodzinny belly dance? Czemu nie, tu tylko taki, i uwaga uwaga! Mężczyźni lepiej kręcą biodrami niż kobiety!;)


Taki oto hennowy makijaż spoczywa teraz na mojej dłoni, z tym że wykonany jest czerwoną henną i jest jeszcze ładniejszy niż na obrazku!;)


sobota, 12 września 2015

Sok z cukru, niekończące się sprzątanie i rozmowy zawsze kończące się na religii

Gdy małe dzieci cieszą się z czegoś, powiększają im się gałki oczne, buzia otwiera, ślinka ulatuje a łapki próbują klaskać. Tak oto właśnie wyglądałam, gdy mój arabski kolega Nayif kupił nam podczas wieczornego spaceru po centrum Ammanu kubek soku z cukru. Tak właśnie, soku z cukru. No dobra, trochę bujam. Sok właściwie pochodził z trzciny cukrowej, miał smak mało dojrzałego banana w połączeniu z ananasem, był pieruńsko (wybaczcie kolokwializm) słodki i całkiem smaczny. Choć chyba tylko mnie smakował (i to wcale nie dlatego że ja rzekomo lubię wszystko co inne a już w szczególności wszystko co arabskie:D). Nie sam sok jednak cieszył mnie tak bardzo, a sposób w jaki był robiony;) Wyobraźcie sobie wielkie badyle wkładane do dużej maszynki do mięsa, wydającej odgłos niczym mały motocykl, z której wychodzi mały kranik. Po odkręceniu kranika do szklanki pan Arab wlał mętny, zgniło-żółto-zielony soczek. Yummy!





Pan Arab odkręca kranik, a ponad kranikiem sterczy kawałek badyla, z którego robiony jest sok. Obok - stado badyli na sok!;)



Amman nocą jest wyjątkowo urokliwy. W odróżnieniu od innych miast arabskich jest czysty. No dobrze, czystszy. Nie ma tu walających się wszędzie śmieci. Właściciele sklepów i kawiarni dbają o swoje miejsca. Tunis, Kair, Beirut - równie duże i ciekawe bliskowschodnie stolice mogą czasem przypominać jedno wielkie wysypisko śmieci. Dosłownie. W krajach o słabo rozwiniętej gospodarce sektor służb porządkowych jest zapewne na szarym końcu potrzeb, a i sami mieszkańcy nie dążą do poprawy jakości i czystości swojego otoczenia. Podobnie jest w domach, z tą różnicą, że brudzi się bardzo dużo: wszystkie śmieci, okruszki lądują na podłodze, ale podłogę tę przy dobrych wiatrach raz dziennie się zamiata/odkurza. Ale to oczywiście generalizacja, wciąż mam nadzieję trafić do arabskiego, pedantycznego domu, aby tym wyjątkiem potwierdzić regułę;) Keep your fingers crossed:D 
Pisząc Amman, mam również na myśli te części które zdołałam zobaczyć czy to z okien busów i taksówek, czy przechadzając się po nich. Pewnie gdzieś istnieje jakaś mała uliczka-śmietniczka, ale takie ogólne wrażenie - Amman jest czystszy. 
No właśnie, kiedy jesteśmy przy temacie czystości, to pragnę opowiedzieć Wam historię czterech kopciuszków, które przez pięć godzin w pocie czoła szorowały kuchnię i łazienkę w swoim Ammańskim mieszkanku. Nigdy nie widziałam tylu centymetrów brudu, pooblepianych nim mebli i sprzętów, nie wspominając o pożółkłych od tłuszczu ścian. Kuchnie arabskie nie mają wentylacji, cały tłuszcz na którym się smaży osadza się gdzie tylko może. Byłam przerażona! Szorowałam jak szalona, a wciąż nie zdałam testu białej rękawiczki! uh... Żałuję teraz że nie zrobiłam zdjęcia przed i po, ale nic to. 
O co właściwie chodzi z tym porządkiem? Dlaczego Arabowie są brudni?;) (Widzę w tym momencie ucieszone miny moich kolegów którzy na Arabów mówią: brudasy) Mam na to kilka tez. Klimat jaki tu panuje jest bardzo gorący i duszący. Niewielka ilość roślinności i deficyt wody tworzą krajobraz pełen piachu i suchoty. Piach ten i kurz unosi się w powietrzu i osadza na wszystkim. Dostaje się do wnętrz przez okna i jest wnoszony przez ludzi, poprzyczepiany do ubrań i butów. Odrobina wody i wszędobylski kurz staje się błotkiem. Skala zakurzowania (nie zakurzenia, bo to nie jest taki kurz jak u nas, to taki kurz piaskowy, pył) jest tu ogromna, chcąc więc utrzymać nieskazitelność siebie i domu trzeba by cały czas sprzątać. Po każdym wejściu do domu, otworzeniu okna. Wydaję mi się, że Arabowie po prostu już przywykli. A ich maniera rzucania śmieci na ziemie i śmiecenia wkoło? To chyba też kwestia wychowania i przyzwyczajenia. A co z poczuciem estetyki? I tu pomysły mi się kończą. Jedyne usprawiedliwienie jakie podsuwa mi głowa to to, że przy takim natężeniu słońca naprawdę trudno o wysiłek fizyczny, a jeśli ten wysiłek miałyby się nie kończyć, bo jak pisałam wcześniej, brud tu się po prostu samoistnie odnawia, ludzie pewnie dali za wygraną i przyjęli postawę: whatever... Ciekawe ile czasu ja wytrzymam jako desperate housewife:D 




Zdjęcia zrobione z okna mojego mieszkania. Ta biała mgła ponad budynkami to nic innego jak kurz, pył i piach.


A na koniec wprowadzając po trochu do tematu kolejnego wpisu, który będzie poświęcony jedzeniu <3, opowiem o mojej wycieczce po street falafel. Nieopodal mojego mieszkanka znajdują się obok siebie dwa małe foodziarnie z falafelem. W jednej falafel w bułce kosztuje 0,500JD, równowartość 3zł;) a w drugiej 1JD i ten jest fajniejszy - ma w środku więcej smaków i jest w takim fajnym chlebko-naleśniko-picie. Od razu zaznaczę. To jest niebywałe aby znaleźć tak tanie jedzenie w Ammanie, Amman jest baaardzo drogi, droższy nawet niż Madryt! Jest najdroższym Arabskim miastem, ale o tym już chyba wspominałam. Nie mniej, takie miejscówki jak widać istnieją, trzeba je tylko znaleźć. Właściciel, przesympatyczny pan, zawsze ucina sobie z nami pogawędkę częstując nas to soczkiem, to hummusem, to fryteczkami. Kiedy po raz pierwszy tam trafiłam rozmawialiśmy o różnych rzeczach i już miałam nadzieję, że rozmowa nie stanie się "so typical" ale niestety. Jak to często bywa zaczynając od falafela skończyliśmy na religii. Jest to zjawisko które obserwuję od jakiegoś czasu. Arabowie islamizują, a nawet jak mówią że nie islamizują to i tak rozmawiają o religii i nadają tej rozmowie konkretny ton, w którym Islam jest tą lepszą;) I tu muszę oddać sprawiedliwość. Coraz częściej spotykam ludzi nie dotkniętych tą przypadłością, co bardzo mnie cieszy. Ale Pan Falafelarz niestety, jest tym który z gracją baletnicy schodzi na tory religijne. Kiedyś nie miałam problemu aby na takie tematy rozmawiać. Dziś jest to już dla mnie męczące. Męczące głównie dlatego, że często niektórzy Arabowie słuchają odpowiedzi nie po to aby poznać czyjąś opinię, ale po to by dać własną kontr-odpowiedź, a on trochę do takich należy. Co nie umniejsza mu życzliwości i gościnności. I talentu do robienia falafela!


Jedliście kiedyś falafel z cytryną i miętą? ;)

wtorek, 8 września 2015

I nastał poranek, dzień pierwszy

Drodzy i Kochani!

Moja szalona głowa znów obmyśliła kolejną akcję i tak też właśnie rozpoczął się mój 6-miesięczny projekt w Jordanii.
Z tej okazji postanowiłam prowadzić bloga, którego założyłam rok temu coby dać upust swoim kłębkom (np nerwów, emocji, włosów, sierści etc.) ale moja ekstrawertyczna natura nie zdzierżyła pisaniny i wolała wyładowania on the spot, więc blog umarł zanim ożył, ale wskrzeszam go;)
Także czujcie się zaproszeni, wy którzy tu wchodzicie śledzić moje Jordańskie poczynania! Aha. Właśnie. Możecie też pisać do mnie - co u Was, jak Polska, jak mój ukochany Kraków, możecie też zostawiać mi uwagi co do mojej pisaniny. Nie planuje kariery dziennikarskiej ani pisarskiej ale jeśli już mam tu systematycznie tworzyć, to mogę się przy okazji nauczyć robić to lepiej;)

Zimna i deszczowa Warszawa zdecydowanie ułatwiła wyjazd z kraju. Na lotnisku przemarzłam siedząc w swetrze, polarze i kurtce, które później musiałam upychac w bagażu podręcznym gdy wylądowaliśmy w Atenach;) Na wyjazd wybrałam opcję: cold-hearted snake, co znaczy tyle co rozważne papa, zero romantycznych i tkliwych chlipań. Na zewnątrz rzecz jasna. Tak, tak, poszłam na łatwiznę, o wewnątrz nic nie napisze:D Lot greckimi liniami był miły i sprawny, dostałam obiadek, jakieś napoje, kulturalnie i szybko. Ateny powitały mnie ciepełkiem i pierwszymi problemami.

Paula znana z tego że jest żydem, wybrała opcję bez transferu, która była tańsza, a różniła się tylko tym, że musiałam przejść raz jeszcze check-in i ponownie nadać bagaż. Ale że miałam kupę czasu na przesiadkę nie był to problem. Problem pojawił się gdy odebrałam maila od Ayi, która miała odebrać nas z lotniska, w mailu pisała, że jednak tego nie zrobi i że mamy wziąć autobus. Zapytałyśmy czy jest pewna że nocne autobusy kursują. Stwierdziła że nie kursują;) Więc mamy wziąć taksówkę. Dokąd? Mamy dać taksówkarzowi numer Ayi i ona mu wszystko wytłumaczy, po czym wysłała nam zdjęcie drzwi naszego domu. Adres? Nie, not Arab style:D Na szczęście jedna z wolontariuszek, Klara, zlitowała się nad nami (i jej arabski kolega posiadający samochód) i przyjechali po nas.

Zawsze marzyłam, żeby ktoś powitał mnie na lotnisku trzymając kartkę z moim imieniem. Wyszłam z terminala, szukam kartki ale nie widzę. Smuteczek, rozglądam się za Klarą, gdy nagle słyszę - ktoś mnie woła i macha kartką z moim imieniem!!! <3 Marzenie się spełniło, niestety nie było tego dramatyzmu co na filmach bo nie ogarnęłam tej kartki i dopiero kartka musiała mnie gonić. Właściwie nas. Bo jestem tu z Karoliną. Ale i tak marzenie spełnione:D)

Amman. Co nas powitało? Burza piaskowa, wszędzie kurz, piach i duchota. Takie ciepłe powitanie;)
Okazało się że Ahmad, kolega z samochodem jest całkowicie wstawiony, więc prowadziła Klara. Był też Adam. Adam z Iraku, Ahmad z Libii. W Jordanii trudno o Jordańczyków.
Oszczędzę opisów drogi, bo przez cały czas modliłam się żeby nie zginąć. Arabowie tak jeżdżą, wygląda na to że znajomi Arabów też. Ściganie, trąbienie, zakręty...
Dojechałam, poznałam swoje współlokatorki - z Estonką mieszkam w pokoju, ma na imię Christina, obok mieszkają Dunka i Niemka. International flat, me gusta. W mieszkaniu obok nas też mieszanka <3 Kiedy już udało mi się położyć do łóżka i zacząć zasypiać...odezwał się Azan, czyli nawoływanie do modlitwy. Bardzo rzewne i zaciągające;) I koniec spania;)

Po kilku godzinach moje emocje obudziły ciało i tak rozpoczął się pierwszy dzień w Jordanii. Zaliczyłam spacer po okolicy, nie za wiele widziałam bo wszędzie kurz i piach, zdążyłam załamać się kilka razy aktualnym kursem walut i drożyzną (wg statystyk Amman jest najdroższym arabskim miastem)i kupić kilka warzyw i owoców na lokalnym targu (o targu i zasadach ekonomii tu wynalezionych kiedy indziej;))

Nic to, notka urosła mi do eseju a przede mną jeszcze zwiedzanie Ammanu nocą dzięki Nayfowi, który jest mentorem (lokalny opiekun) Christiny, z którą mieszkam. Więc pewnie zostawię sobie ten smaczek na jutro;)

Ściskam mocno, kisski f'all :*