W Syrii także nie ma wody, ale w przeciągu ostatnich kilku, dziś już kilkunastu lat temu stan ten drastycznie się pogorszył. Rolnicy potracili plony, zwierzęta masowo wymierały. Według danych statystycznych, ok. 85% żywego inwentarza nie przeżyło suszy. Ponad połowa Syryjczyków utraciła swoje jedyne źródło utrzymania. Ludzie zaczęli szukać pomocy na czarnym rynku, co jeśli nie podobało się rządowi, doprowadzało do ich aresztowania. Rząd, jeśli już o nim mowa, nie wiele robił, aby sytuację naprawić, lub choć poprawić. Frustracja i bezsilność w społeczeństwie rosła a wraz z nimi szepty antyrządowe, czy pojedyncze bunty. Te jednak szybko i sprawnie były tłumione, co więcej Ci którzy wypowiadali się negatywnie o rządach Asada doświadczali tortur a nawet śmierci. Mieszkańcy wsi porzucali swoje farmy i masowo przenosili się do miast, które bardzo szybko stały się przeludnione, co tylko spotęgowało problem braku wody. Tylko niewielka część ludności napływającej do miast, zdołała znaleźć prace. Znaczna większość znalazła się na ulicach. Frustracja rosła. A że żyjemy w czasach, gdzie internet jest powszechnie dostępnym źródłem przekazu informacji, do wiadomości Syryjczyków szybko przedostały się wzmianki o rewolucji w Kairze i Tunisie, nazywanej przez nas Arabską Wiosną. Młodzi chłopcy, zmobilizowani i zmotywowani przez swoich kolegów z północnej Afryki, sfrustrowani i zmęczeni bieżącą sytuacją - pewnie w desperackim akcie przypływu młodzieńczej buty i odwagi, wypożyczyli kilka sloganów, którymi posługiwali się rebelianci w Tunezji czy w Egipcie i naskrobali je na murze w miejscowości Daraa. Dla nas, Polaków, Europejczyków, żyjących w realiach wolności słowa, to bardzo oczywista forma ekspresji, niejednokrotnie mijamy takowe poruszając się po mieście, czy to pod postacią graffiti czy okropnych bazgrołów - widzimy jak młodzież wyraża swoje emocje, wylewa z siebie te negatywne uczucia które się w nich kłębią. W młodzieży Syryjskiej także kłębią się negatywne uczucia, tylko że za ich wyrażanie 15 młodych chłopców zostało aresztowanych, Dalszy ciąg historii znacie, pozwolę sobie więc ją skrócić. Owi chłopcy pochodzili z szanowanych i dobrze sytuowanych rodzin, które od razu zareagowały i udały się do władz miasta. Niestety nic nie wskórali. Chłopcy byli bici i torturowani, co tylko potęgowało oburzenie i antyrządową agresję wśród mieszkańców. Ludzie wyszli na ulicę, rozpoczęły się strajki i bunty nie tylko w samej Daraa, ale w całej Syrii - chłopcy stali się symbolem początku syryjskiej rewolucji. Co ciekawe, i nie omieszkam tego pominąć, dziś podczas analiz geo-socjologicznych okazało się, że bojkoty i rebelie wybuchały dokładnie na terenach cierpiących największe straty spowodowane suszą. Cała rewolucja była dla sąsiadujących krajów oraz dla zachodu ogromnym zaskoczeniem. Mimo autorytarnych rządów Asada, Syria przez lata pozostawała bardzo stabilna i bezpieczna. Nawet tu, w Jordanii ludzie nie mogą się otrząsnąć po tej sytuacji, gdyż z Ammanu do Damaszku busy kursowały co godzinę, a ludzie zwykli byli udawać się tam na sobotni, rodzinny obiad, gdyż Damaszek słynął z najlepszych restauracji (kuchnia jordańska nie jest tak smaczna jak syrysjska, dopiero napływający Syryjczycy przywieźli wiele nowych potraw, świeżych warzyw i dziś najlepsze restauracje w Ammanie, to te prowadzone przez Syryjczyków!) Tak więc przez długi, długi czas wielu badaczy nie klasyfikowało tego, co działo się w Syrii, jako wyniku, czy jako części procesu Arabskiej Wiosny, co więcej, wielu nie było wstanie przyjąć do wiadomości że sytuacja w Syrii uległa destabilizacji! Dla mnie oznacza to tyle, a potwierdzają to także liczne rozmowy z ludźmi którzy krócej lub dłużej przebywali w Syrii, że zawsze był to kraj bezpieczny i stabilny. Nawet jeśli głowa państwa sprawowała rządy wręcz dyktatorskie, to przynajmniej udawało jej się utrzymać kraj w ryzach. Do czasu. Jeszcze raz, jak do tego doszło? Przez 40 lat Syria była stabilna i nagle booom! Wróćmy do klimatu, susze spustoszyły gospodarkę rolną w ciągu zaledwie kilku lat, rolnicy pouciekali do miast, mówiąc liczbami, miliony nowych mieszkańców przybyło za chlebem w ciągu zaledwie kilku lat. Już samo to destabilizuje sytuację. Reżim prezydenta pozostawał zaś ten sam. To właśnie ta nagła dynamika zmian pchnęła ludzi do wyjścia na ulicę i wszczynania buntów i powstań. Posługując się znów zaczerpniętymi z różnych źródeł statystycznych informacjami dodam, że nawet jeśli Syria ustabilizuje się politycznie, to zmiany i zniszczenia jakie spowodowała susza będą postępować aż do 2050 roku, lecz jeśli przez ten cały czas emisja gazów cieplarnianych się nie zmniejszy (na co wcale się nie zanosi), to przyjdą jeszcze gorsze susze, i sytuacja braku wody jeszcze się pogorszy. Ale jak to się ma do nas? Po pierwsze my przyczyniamy się do zmian klimatycznych, a robimy to bezwiednie, bo jak na początku zaznaczyłam, nas to bezpośrednio nie dotyka. Ale dotyka pośrednio. Bo ludzie uciekają z Syrii, uciekają przed reżimem, uciekają by przeżyć, uciekają tam gdzie będą mogli zarobić na utrzymanie swoich rodzin i gdzie nikt nie wsadzi ich do więzienia za frustracje, które nimi targają. Uciekają także do nas. Celowo pominęłam w całym dyskursie interesy zagranicznych imperiów, Rosji czy USA, jakie mają w tej całej rewolucji. Nic tak nie napędza rynku zbytu broni jak wybuchająca gdzieś rewolucja. Wspominam o tym, bo przez moment sama myślałam, że Syria poradzi sobie z problemem, przy pomocy z zewnątrz oczywiście, ale finalnie poradzi sobie. Dziś, im więcej czytam i rozmawiam, im więcej tu doświadczam, tym bardziej jestem przekonana że przedłużanie takiej niestabilnej sytuacji leży w interesie wielu zagranicznych rekinów, więc nie prędko ona się zmieni. Stąd, polecenie od Unii Europejskiej o przyjęciu przez nas Syryjczyków.
Kogo więc przyjmujemy. Oczywiście, tego nigdy nie wiemy. Ale ja wiem tylko, że uciekają ludzie którzy chcą żyć, którzy chcą znaleźć skrawek bezpiecznej i spokojnej ziemi by uczciwie zarobić tam na chleb. Którzy chcą robić to, co robili wcześniej w swoim kraju: leczyć ludzi, uprawiać ziemię, handlować, gotować, produkować. Nie mają szansy robić tego w Syrii, więc uciekają z niej.
No dobrze, ale miałam zacząć pisać o swojej pracy. Ten długi wstęp, temat do którego pewnie niejednokrotnie jeszcze wrócę, miał być pewnym wyjaśnieniem i rzuceniem światła na przyczynę mojego pojawienia się na Bliskim Wschodzie i podjęcia czasem bardzo niewdzięcznej i trudnej pracy z uchodźcami. Jordania jest krajem który przyjął do tej pory najwięcej uchodźców. Mimo słabej gospodarki, mimo czychającego z każdej strony niebezpieczeństwa (Jordania graniczy z Syrią, Irakiem, Palestyną, i Arabią Saudyjską). W Jordanii żyje 6,7 mln ludzi. Połowa z nich to Palestyńczycy. 21% stanowią Syryjczycy, co daje już 71% procent całej populacji kraju...A wśród pozostałych powiedzmy 30% są również: rzesze Irakijczyków, Asyryjczyków, Armeńczyków, Czerkiesów, Czeczenów, Filipińczyków (stanowią 99% populacji mojego kościoła w Ammanie, pozostały 1% to ja, Sylwia i kilku Brytyjczyków^^). Ilu więc jest Jordańczyków w Jordanii? Ok. 20%.
Przedmieścia Sahab - ludzie mieszkają tu w namiotach.
Początkowo planowałam znaleźć sobie jakąś możliwość podszkolenia swojego Arabskiego. Potem zorientowałam się, że aby pozostać w Polsce i pracować z Arabskim powinnam pracować z uchodźcami. Jeszcze później odkryłam, że rząd i pozarządówki w Polsce nie mają pojęcia jak poradzić sobie z przybywającymi Syryjczykami, jak opanować narodowe dilemy dotyczące tego tematu. Więc postanowiłam przyjechać tu do Jordanii, do kraju uchodźców, by pracować z nimi, by uczyć się co to znaczy życie na obczyźnie, by zdobywać doświadczenie które potem będę próbowała dostosować do naszych polskich realiów. Jeśli dostanę taką szansę.
Rozpocznę więc cykl opowieści o mojej pracy od Syryjskich kobiet, którym wojna zabrała mężów i synów, które uciekły do Jordanii, osiedliły się w miejscowości Sahab pod Ammanem i wspólnymi siłami prowadzą teraz sierociniec, w którym mieszkają ze swoimi dziećmi i z przybranymi dziećmi, którym odebrano i ojców i matki i rodzeństwo. O dzieciach, bo z nimi także pracuję, napiszę później. Dziś kobiety.
Jest ich tam ok.15. Myślę że 15 to maximum. Każda z nich ma swoje malutkie mieszkanko w budynku nazwanym Dar al-Ajtam, czyli dom sierot. Każda z nich ma dzieci swoje i przyszywane dzieci. Tylko dwie mają tu mężów. Pojęcie sieroty dla muzułmanów jest nieco inne niż dla mieszkańców zachodu. Tutaj sierotą jest dziecko, które straci obojga rodziców LUB tylko ojca i najstarszego brata. Czyli dzieci posiadające tylko matki także są sierotami. Dlaczego? Bo w społeczeństwie muzułmańskim kobieta wciąż niewiele może;) To się oczywiście zmienia, ale bardzo powoli i te zmiany w różnych regionach różnie zachodzą. Wdowy zyskują szacunek i współczucie społeczne, ale często spotykają się z pogardą. Dlaczego? Ponieważ wkładane są do jednego worka z rozwódkami, jako te nieposiadające mężów. W społeczeństwie muzułmańskim to mężczyzna zarabia na utrzymanie rodziny. Rolą kobiety jest utrzymać dom i wychowywać dzieci. Jak wspomniałam, to się zmienia, ale wciąż to mężczyzna stanowi główne źródło utrzymania. Kiedy więc kobieta traci męża, zostaje postawiona w bardzo trudnej sytuacji. A jeśli do tego musi uciekać z kraju i jest samotną matką na obczyźnie...Nikt nie chce zatrudniać emigrantów, którzy nie mają obywatelstwa jordańskiego, bo jest to niezgodne z prawem. Mogą oni pracować jedynie na czarnym rynku, co oczywiście niejednokrotnie kończy się wyzyskiem, lub prowadzić własną działalność, co jest trudne do osiągnięcia. A co dopiero kobiety...Tak więc te kobiety radzą sobie jak mogą. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia jak one sobie radzą. Skąd w nich tyle siły. Codziennie walczą o przetrwanie dla siebie i dzieci. Trudnią się wszystkim. Sprzątają, sprzedają warzywa, rękodzieło, szyją. A przy tym wszystkim są po prostu niesamowite. Zawsze życzliwe, uśmiechają się, chcą się uczyć angielskiego! Kiedy tam przyjeżdżam częstują mnie wodą, kawą, czasem jedzeniem. Raz wyprawiły dla nas ogromną, sutą ucztę! Mimo iż nic nie mają, dzielą się wszystkim co mają! Dbają by ich dzieci otrzymały jak najlepszą edukację - to one same zaczepiły poprzednich wolontariuszy w centrum Sahab, gdzie znajduje się drugie centrum, w którym pracujemy, i zapytały czy nie pomoglibyśmy im, czy nie zgodzilibyśmy się uczyć ich dzieci angielskiego. Najpierw dzieci, potem je same.
Tak więc jestem teraz m.in nauczycielką angielskiego kobiet Syryjskich. Normalnie każda z nich zakrywa włosy i twarz, ale kiedy przychodzę z Mitą, Dunką z którą prowadzę te zajęcia, zamykam drzwi i zaczynam lekcje, zrzucają z siebie chusty, zrzucają nakrycia wierzchnie. Wtedy mogą poczuć się bardziej swobodnie, uśmiechają się, żartują. Swoją drogą niezłe z nich cwaniaki. Jeśli któraś zna odpowiedź, wcale nie czeka na inne, tylko wykrzykuje ją na głos. Wiele wody jeszcze musi upłynąć zanim nauczę je, że nie mogą krzyczeć jeśli znają odpowiedź, bo wtedy pozostałe za chiny ludowe nic się nie nauczą, ale że Jordania cierpi na brak wody...:D
Nauka nie przychodzi im łatwo. Ich myśli cały czas oscylują wokół dzieci, domu, utrzymania. Bardzo jasno to widać podczas lekcji. Często się spóźniają, wychodzą wcześniej, przynoszą na lekcje najmniejsze dzieciaki. Czasem zdarza im się rozmawiać przez telefon. Ale nic na to nie poradzę, dla mnie to niesamowity sukces że w ogóle chcą się uczyć. Ostatnio jedna z nich podarowała mi całe pudełko daktyli. Daktyle są tu drogie, w ogóle Amman jest drogi! A mimo to nie mogłam nie przyjąć tego podarku, bo byłoby to niegrzeczne. Tutaj prezenty należy przyjmować!;)
Kilka moich uczennic z wolontariuszką, Katie.
Obserwując nasze uczennice mogę zauważyć, oraz bazując na tym co opowiadały wcześniejsze wolontariuszki, jak wielką przemianę te kobiety przeszły. Na początku były bardziej zamknięte, nieufne, teraz bardzo się otworzyły, rozkręciły! To pokazuje mi, że nasza praca i obecność tutaj ma sens! Klara, jedna z wolontariuszek ze Słowenii jest psychologiem. Ona także podkreśla w rozmowach, że nasza obecność wśród tych ludzi, nasz stosunek do nich jest dla ich sytuacji ogromną pomocą. I nie chodzi tu o sam angielski, ale właśnie o naszą obecność, pogodę ducha, o to że nie są nam obojętni!
W takich sytuacjach zastanawiam się nad naszymi obawami, że muzułmanie w Polsce potworzą sobie swoje zamknięte komuny, tak jak na zachodzie. Człowiek potrzebuje wspólnoty, która zaspakaja jego podstawowe potrzeby takie jak poczucie bezpieczeństwa, przynależności, dzielenia. Muzułmanie którzy trafili na zachód byli pozostawieni sami sobie, nikt nie przejmował się ich losem, nikt nie kłopotał się by wdrożyć dla nich specjalne programy asymilujące ich ze społeczeństwem i jego kulturą, by uczyć ich języka. Ich podstawowe potrzeby nie były zaspokojone, więc zaczęli szukać sposobu, by je zaspokoić. Najłatwiej było zbudować małe wspólnoty z ludźmi, z którymi mają coś wspólnego, np język, korzenie, kolor skóry, religię, czy status społeczny. To bardzo normalne, od lat psychologom i socjologom znane zjawisko. Z biegiem czasu, gdy taka wspólnota staje się silniejsza, pewniejsza, zaczyna powoli zaspokajać kolejne swoje potrzeby, rościć prawa. Czy to coś złego? Nie, no znów normalne zachowanie. Z tym wyjątkiem, że jeśli taka nazwijmy to komórka zawiąże się w obcym kraju i obcej kulturze, będzie kultywować wewnątrz swoje tradycje i zwyczaje, potem także we właściwy dla siebie sposób będzie domagać się swoich praw i zaspakajać swoje potrzeby, nie w taki sposób, w jaki robi to społeczeństwo w którym taka komórka się buduje - bo nikt ich tego nie nauczył, nikt im tego nie pokazał, ale w sposób sobie swoisty. To rodzi oburzenie w społeczeństwie, niechęć i wrogość do danej komórki. Ale ich zamiary nie są złe, oni po prostu rozwijają się jak każde społeczeństwo, a że rozwijają się w środku innego społeczeństwa, to znowu prowadzi nas do początku tematu, dlaczego nie zasymilowali się? Można by powiedzieć że to leży w ich gestii żeby się zasymilować. Owszem. Ja przyjechałam do Jordanii, mam tu pracę, więc mam małe bo małe, ale zawsze - utrzymanie. Mam gdzie spać, mam co jeść. Znam język. Mogę się asymilować. Ale Ci ludzie zwiali śmierci, nie wiedzą gdzie są, nie znają kultury, języka, nie wiedzą co będą robić jutro, za tydzień, za rok. Ich pierwszą myślą nie będzie- nauczymy się języka, poznajmy kulturę, zasymilujmy się. Ich pierwszą myślą będzie - walczmy o przetrwanie, o jedzenie, o dach nad głową. Nic więc dziwnego że w naturalny sposób asymilują się sami ze sobą a nie ze społecznością do której trafili. A nie musi tak być. Jeśli to przyjmująca społeczność zadba o ten proces asymilacyjny, to ich potrzeby będą spełnione i nie będą tworzyć zamkniętych komun. Ja to widzę tutaj w bardzo jaskrawym świetle, więc mówię o tym głośno!
Ale wracając do kobiet. Ponieważ zauważyłyśmy że ich myśli wciąż krążą wokół rodziny, utrzymania, jedzenia, dzieci itd. wpadłyśmy z Mitą na pewien pomysł, który właśnie teraz rozpoczęłyśmy wcielać w życie. Mamy nadzieję, że projekt, który właśnie piszemy pomoże tym kobietom jeszcze bardziej się otworzyć, jeszcze bardziej uwierzyć w siebie a może i znaleźć dobrą, stałą pracę! Ale o tym, już następnym razem! Trzymajcie kciuki!!!
Dzielnica Palestyńczyków w Ammanie.
A to zdjęcie specjalnie dla moich dziadków: Babci Wandy i Dziadzi Lucjana: z ich ulubionymi bohaterami tureckich dramatów:)