Po długiej przerwie powracam z moimi mackami ośmiorniczki, wyciąganymi codziennie w stronę Arabów i ich kultury. Wybaczcie tę przerwę, ale zmysły już tak mnie bolą od chłonięcia życia tutaj, że głowa nie nadąża z sortowaniem myśli a palce z przelewaniem ich na papier, pozostając old school'em:D
Dziś chciałabym podzielić się moimi spostrzeżeniami dotyczącymi percepcji. Niby wszyscy z zauroczeniem powtarzamy słowa Liska z Małego Księcia, że dobrze patrzy się tylko sercem, i że najważniejsze niewidoczne dla oczu. Kiedy jednak zderzamy tą naszą "w chmurach głowę" z tą naszą "na ziemi głową", to bywa że ten niebiański sens gdzieś nam ulatuje. Często i gęsto obserwuje taką tendencję w odbiorze Arabów. Zamiast patrzeć serduchami, napatrzymy się na tych wszystkich terrorystów, eksplodystów i już później nie lubimy Arabów. A to błąd.
Dziś dwie sytuacje, które pokazują, jak błędne trzymamy w sobie przeświadczenia.
Zacznę od cywilizacji. Jedno z ulubionych słów naszych pro-zachodnich aktywistów. Że my na zachodzie to jesteśmy bardziej cywilizowani, a tu to same dzikusy żyją:D
W zeszłym miesiącu odbywał się tu w Ammanie Street Art Festiwal. Zobaczyłam plakat i myślę sobie, hm...no ciekawe, street art w Jordanii? Jakieś wystawy, koncerty, konkurs breakdance (oni tu wiedzą co to jest breakdance???) Nie zastanawiając się zbyt długo wskoczyłam w tampki i hola na festiwal. Trwał bodajże 2-3 dni. Jak wielkie było moje zaskoczenie i jak wyjątkowe było to przeżycie!! Przyjechałam na Lwebdeh, jest to jedna z dzielnic Ammanu, dodam jedna z najstarszych i najlepiej zachowanych. A tam? Na każdej ulicy, przed każdą kawiarnią, na każdym kroku i rogu: ludzie radośni, pogrążeni w zabawie. Przed sklepem z alternatywnymi koszulkami grupa młodych chłopaków gra na bębnach, na gitarach, śpiewa i tańczy. Wokół nich tłum przysłuchujących się, mężczyźni i kobiety. Niektóre kobiety w hijabach. Wszyscy równie roześmiani, roztańczeni uczestniczą w tym ulicznym rock-jamie. Jak w Krakowie, jak w Londynie, jak w Berlinie! Ale tu wszystko ma ten dodatkowy smaczek, smaczek orientu. Plemienne bity na bębnach powplatane w rockowe brzmienia klasyków, do skakania w rytm muzyki dodaje się tu charakterystyczny, belly-dance'owy ruch bioder. Wszystko to wygląda niesamowicie! Teraz jest czas kiedy należy sobie wyobrazić Paulę stojącą z rozdziawioną buzią i przysłuchującej się temu wyjątkowemu performanceowi, przytrzymywaną przez znajomych coby się nie wyrwać i nie dołączyć do tej hecy!
Nie zdążyłam dołączyć bo porwał mnie kolejny tłum, wąż młodych ludzi podążających za dwoma bębniarzami i trębaczem, równie roztańczony i rozśpiewany! Doszliśmy do parku z rozległym placem no i zaczęło się. To breakdancerzy, to fire show, to różne grupy muzyczne!!! Jedni po drugich umilali czas pozostałym, wszyscy wspólnie bawili się i radowali. Wspaniale było być częścią tego wydarzenia!!! A to był dopiero początek!
Cały festiwal odbywał się w obrębie tej konkretnej dzielnicy. Niemalże każda kawiarnia, galeria czy garaż otwierały się na głodnych sztuki młodych ludzi. Wzdłuż małej uliczki graficiarze umieszczali na wielkich płótnach swoje kolorowe wiadomości ścienne. W podwórku jednego budynku można było podziwiać prace lokalnej artystki, abstrakcyjne i pokręcone jak sama twórczyni, z którą można było później stworzyć wspólne dzieło.
Przy innym barze znajdowała się wystawa zdjęć, przedstawiająca dzieła sztuki ulicznej z Gazy w Palestynie: "The eyes of Gaza". Można było wziąć sobie widokówkę i porozmawiać z autorem. Ta wystawa chyba najbardziej mnie poruszyła. Autor malował na murach, ścianach budynków i innych możliwych płaszczyznach oczy. Co ważne, udało mu się uchwycić ich głębię i przenikliwość. Wpatrując się w nie, miało się wrażenie że i one patrzą na nas. Oczy Gazy które patrzą na ulice, patrzą na ludzi, na dzieci, na reżim. Głębokie oczy które przyglądają się temu co z punktu widzenia lingwistów nazwać powinniśmy życiem. Na zdjęciach natomiast uchwycono owe oczy i gromadzące się wokół nich dzieci, w różnych sytuacjach i nastrojach. Dzieci widziane przez owe oczy.
Jeszcze gdzieś indziej toczyła się dyskusja o wpływie sztuki na społeczeństwo lokalne, w kolejnych podwórku otworzył się mini souq (ryneczek) z handmade'owymi notatnikami, biżuterią, torebkami, portwelikami, organicznym jedzeniem i recyclingowymi dziełami. Cała dzielnica tętniła życiem i kolorami. Tak wiele się działo, że trudno było być wszędzie i spróbować wszystkiego!
A już następnego dnia...od rana trwały przeróżne warsztaty związane ze sztuką uliczną ale także z hand-made, sztuką abstrakcyjną, sztuką muzyczną i filmową. (Gdzieś tu muszę dodać że wszystko o czym tu piszę było darmowe!) A wieczorem...wieczorem miał się odbyć zapowiadany konkurs breakdance, później koncerty RAPowe i afterparty na dachu:D
Wyobraźcie sobie skatepark. Z boku scena gdzie DJ miksuje swoje soczyste kawałki, na środku podium gdzie młodzi, zdolni chłopcy fikają najróżniejsze koziołki na ziemi i w powietrzu, używając dosłownie każdej części swojego ciała, a wokół siedzą, czy stoją ludzie: młodzi, starzy, kolorowi, w hijabach, z rozwianym włosiem, brodaci Arabowie i blond - zagraniczni. Wszyscy razem kibicują breakdancerom i cieszą się wolnym popołudniem. Już za chwilę zaś na scenę wbiegają artyści by kontynuować cały wieczór swoimi muzycznymi występami. I jak na co dzień nie słucham takiej muzyki, tak podczas tego koncertu bawiłam się świetnie! Jedną z raperek była Malikah, libańska piosenkarka o przesilnym głosie i o takiej sile ducha i charakteru, że dosłownie cała scena eksplodowała od jej energii! Niesamowite! Późnym wieczorem wszyscy przenieśliśmy się na after party, na dach jednego hotelu, by wyszaleć się przy dźwiękach elektrycznej muzyki. I znów - to nie koniecznie moje klimaty, a bawiłam się po prostu świetnie!
No dobrze, teraz spróbuję wyobrazić sobie możliwe pytania:
-- Tak, miałam krótki rękawek, a moja koleżanka Hiszpanka nawet koszulkę na ramiączkach i nikt nie popełnił samobójstwa widząc nas w takich ciuchach!
-- Tak, tańczyłam wśród Arabów i z Arabami, nikt nie złapał mnie za pupę ani za nic innego, nikt nie chciał mnie nigdzie zaciągnąć, ba! nikt nie zjadał mnie wzrokiem!
-- Tak, były tam też Arabski i w hijabach i bez - i wszyscyśmy się świetnie razem bawili
-- Nie, nikt mnie nie podrywał, przynajmniej nie bardziej niż w Polsce:D
-- Tak, młodzież piła alkohol, jednak wszystko w granicach rozsądku
Na inne pytania chętnie odpowiem w komentarzach;)
Jaki z tego morał? Wracając do rozważań na temat tych "cywilizowanych" i tych "dzikich". Jesteśmy tacy sami, tak samo szukamy możliwości ekspresji poprzez sztukę, muzykę. Tak samo chcemy czuć się młodzi, wolni, radośni. Tak samo potrafimy się wzruszyć, posmutnieć czy śmiać do rozpuku. Tak samo wiele mamy w sobie talentów, zdolności i piękna. Jesteśmy kolorowi, jesteśmy różnorodni i to jest naszą siłą! Na wzajem ubogacamy siebie, dzielimy się sobą, ubarwiamy nasz świat! To ogromna siła, ogromny potencjał jednak nie zawsze nasze oczy go widzą. Czasem musimy je zamknąć i otworzyć nasze serca. A wtedy odkryjemy jak wiele, wiele dobrego jest w ludziach innych od nas!
Druga sytuacja i związane z nią przemyślenia, którymi chciałam się z Wami podzielić to moja rozmowa z Syryjskimi kobietami, które uczę. Po lekcji, jak to już stało się zwyczajem, moje uczennice zaprosiły nas do mieszkanka jednej z nich na herbatkę/kawkę. Siedziałyśmy sobie i plotkowałyśmy, jak to my kobietki lubimy najbardziej. Rozmowa dotyczyła głównie różnic w naszych społeczeństwach, dotyczących relacji damsko-męskich. Kobiety opowiadały nam ile mają dzieci, w jakim wieku wyszły za mąż (uśredniając za mąż wychodzi się pomiędzy 17 a 23 rokiem życia, 26 to już super późno!, dzieci się ma od 4 do 12, gdzie 4 to super mało:D). My opowiadałyśmy jak to zazwyczaj wygląda w Europie i w pewnym momencie trach! Zderzyły się dwie totalnie różne perspektywy.
Zazwyczaj to my, Europejki, ze współczuciem przyglądamy się tym zahukanym, arabskim kobietom, spędzającym cały dzień w domu, które rodzą dzieci, potem wychowują dzieci, w między czasie gotują, piorą, sprzątają i są na każde zawołanie męża. Dla rodziny zmuszone są poświęcić swoje pragnienia, marzenia, swoje plany i zainteresowania. I o zgrozo, w dodatku muszą się zakrywać, chować włosy, czasem twarze i całe ciała pod obszernymi sukniami. Co to za życie? Do takiego stanu rzeczy, a raczej stanu percepcji przyzwyczaiłyśmy się my, zachodnie kobiety, z przymrużeniem oka słuchając, że to ich dobrowolny wybór, że są szczęśliwe i że to lubią.
Kiedy ja ojojowałam nad tym, że tak wcześnie wychodzą za mąż i że tak wiele dzieci mają, spodziewałam się z ich strony właśnie takiej reakcji: nie, my to lubimy, my się czujemy szczęśliwe. A co dostałam, wręcz zmroziło mnie i odebrało mi mowę.
Moje Panie mi na to że to ONE nam współczują. Że im przykro że nasze społeczeństwo czyni nam taką krzywdę!!! No nie, no jak, no o czym one mówią?!?!?!
A moje kobiety szczerze i głęboko współczują NAM, zachodnim kobietom, że nasze społeczeństwo zmusza nas do pozostawienia domu i rozpoczęcia pracy. Współczują nam, że przez to że musimy pracować, nie mamy czasu i siły na to, by mieć więcej dzieci i by spędzać z nimi i resztą rodziny więcej czasu, że nie możemy zadbać o dom. Patrzyły na nas jak na ofiary jakiegoś okrutnego reżimu, który odbiera nam część naszej kobiecości, tą część która buduje domowe ognisko. Współczują nam też tego, że przez to, że nie zajmujemy się tak jak one domem i dziećmi, nie jesteśmy w stanie zbudować pomiędzy nami takiej relacji, takich więzi jak one. Matka dla Arabów jest najważniejsza, w hierarchii stoi nawet przed żoną. A my? Ich dzieci będą się nimi opiekować, kiedy te się zestarzeją a nasze oddadzą nas do domów dla starców. I bardzo jest im przykro z naszego powodu. Bo dla nich nie ma nic piękniejszego niż budować dom, niż budować rodzinę i dbać o nią. Od najmłodszych lat ich marzeniem jest wyjść za mąż, później mieć wspaniały, ciepły dom pełen dzieci i miłości, do którego każdy chętnie wraca.
Z taką to właśnie percepcją przyszło mi się spotkać. I wytrąciła mnie ona z równowagi. Zawsze to zachodnie kobiety litowały się nad uciemiężonymi arabkami, a tu się okazuję że w ich oczach to my cierpimy pracując, robiąc karierę, czy podążając za swoimi pasjami, bo dla nich szczęście znaczy duży dom. Jednak im dłużej o całym zajściu myślę tym coraz cenniejsze staje się dla mnie. Usłyszeć z ust tych zahukanych kobiet, jak bardzo nam współczują...
Czy w swoich pragnieniach tak bardzo się różnimy? Wiele z nas także marzy o takiej właśnie rodzinie, o ciepłym domowym ognisku. Wiele z nas także zdecydowałoby się pozostać w domu by gotować, piec, dekorować, dbać... Więc aż tak inne nie jesteśmy. Oczywiście, w naszym społeczeństwie przeważa trend ambitnej kobiety, niezależnej, podążającej za swoimi pasjami, rozwijającej się. I dla wielu z nas, dla mnie, to właśnie jest szczęście. Wszystko jednak zamyka się w percepcji, w sposobie postrzegania, rozumienia. To co my rozumiemy poprzez szczęście Arabkom będzie kojarzyło się z cierpieniem. I vice versa, ich idealny dom dla nas będzie wiązał się z ubezwłasnowolnieniem;) Może więc myśląc jedne o drugich nie zakładajmy z góry, że któraś ma gorzej, bo właściwie nigdy do końca tego nie wiemy. Prawdą zaś jest że wcale tak bardzo się nie różnimy, my kobiety we wszystkich częściach świata!;)
Pięknie jest czasem doświadczyć czegoś tak zaskakującego, co poszerza nasze ograniczenia, niczym baletnica w szpagacie. Pięknie jest słuchać o tym, co widzą cudze oczy i o tym co czuje cudze serce. Pięknie jest to oglądać oczami, słuchać uszami i przyjmować sercem! Pięknie tu jest, wiecie!;)
Dziś chciałabym podzielić się moimi spostrzeżeniami dotyczącymi percepcji. Niby wszyscy z zauroczeniem powtarzamy słowa Liska z Małego Księcia, że dobrze patrzy się tylko sercem, i że najważniejsze niewidoczne dla oczu. Kiedy jednak zderzamy tą naszą "w chmurach głowę" z tą naszą "na ziemi głową", to bywa że ten niebiański sens gdzieś nam ulatuje. Często i gęsto obserwuje taką tendencję w odbiorze Arabów. Zamiast patrzeć serduchami, napatrzymy się na tych wszystkich terrorystów, eksplodystów i już później nie lubimy Arabów. A to błąd.
Dziś dwie sytuacje, które pokazują, jak błędne trzymamy w sobie przeświadczenia.
Zacznę od cywilizacji. Jedno z ulubionych słów naszych pro-zachodnich aktywistów. Że my na zachodzie to jesteśmy bardziej cywilizowani, a tu to same dzikusy żyją:D
W zeszłym miesiącu odbywał się tu w Ammanie Street Art Festiwal. Zobaczyłam plakat i myślę sobie, hm...no ciekawe, street art w Jordanii? Jakieś wystawy, koncerty, konkurs breakdance (oni tu wiedzą co to jest breakdance???) Nie zastanawiając się zbyt długo wskoczyłam w tampki i hola na festiwal. Trwał bodajże 2-3 dni. Jak wielkie było moje zaskoczenie i jak wyjątkowe było to przeżycie!! Przyjechałam na Lwebdeh, jest to jedna z dzielnic Ammanu, dodam jedna z najstarszych i najlepiej zachowanych. A tam? Na każdej ulicy, przed każdą kawiarnią, na każdym kroku i rogu: ludzie radośni, pogrążeni w zabawie. Przed sklepem z alternatywnymi koszulkami grupa młodych chłopaków gra na bębnach, na gitarach, śpiewa i tańczy. Wokół nich tłum przysłuchujących się, mężczyźni i kobiety. Niektóre kobiety w hijabach. Wszyscy równie roześmiani, roztańczeni uczestniczą w tym ulicznym rock-jamie. Jak w Krakowie, jak w Londynie, jak w Berlinie! Ale tu wszystko ma ten dodatkowy smaczek, smaczek orientu. Plemienne bity na bębnach powplatane w rockowe brzmienia klasyków, do skakania w rytm muzyki dodaje się tu charakterystyczny, belly-dance'owy ruch bioder. Wszystko to wygląda niesamowicie! Teraz jest czas kiedy należy sobie wyobrazić Paulę stojącą z rozdziawioną buzią i przysłuchującej się temu wyjątkowemu performanceowi, przytrzymywaną przez znajomych coby się nie wyrwać i nie dołączyć do tej hecy!
Nie zdążyłam dołączyć bo porwał mnie kolejny tłum, wąż młodych ludzi podążających za dwoma bębniarzami i trębaczem, równie roztańczony i rozśpiewany! Doszliśmy do parku z rozległym placem no i zaczęło się. To breakdancerzy, to fire show, to różne grupy muzyczne!!! Jedni po drugich umilali czas pozostałym, wszyscy wspólnie bawili się i radowali. Wspaniale było być częścią tego wydarzenia!!! A to był dopiero początek!
Cały festiwal odbywał się w obrębie tej konkretnej dzielnicy. Niemalże każda kawiarnia, galeria czy garaż otwierały się na głodnych sztuki młodych ludzi. Wzdłuż małej uliczki graficiarze umieszczali na wielkich płótnach swoje kolorowe wiadomości ścienne. W podwórku jednego budynku można było podziwiać prace lokalnej artystki, abstrakcyjne i pokręcone jak sama twórczyni, z którą można było później stworzyć wspólne dzieło.
Przy innym barze znajdowała się wystawa zdjęć, przedstawiająca dzieła sztuki ulicznej z Gazy w Palestynie: "The eyes of Gaza". Można było wziąć sobie widokówkę i porozmawiać z autorem. Ta wystawa chyba najbardziej mnie poruszyła. Autor malował na murach, ścianach budynków i innych możliwych płaszczyznach oczy. Co ważne, udało mu się uchwycić ich głębię i przenikliwość. Wpatrując się w nie, miało się wrażenie że i one patrzą na nas. Oczy Gazy które patrzą na ulice, patrzą na ludzi, na dzieci, na reżim. Głębokie oczy które przyglądają się temu co z punktu widzenia lingwistów nazwać powinniśmy życiem. Na zdjęciach natomiast uchwycono owe oczy i gromadzące się wokół nich dzieci, w różnych sytuacjach i nastrojach. Dzieci widziane przez owe oczy.
Jeszcze gdzieś indziej toczyła się dyskusja o wpływie sztuki na społeczeństwo lokalne, w kolejnych podwórku otworzył się mini souq (ryneczek) z handmade'owymi notatnikami, biżuterią, torebkami, portwelikami, organicznym jedzeniem i recyclingowymi dziełami. Cała dzielnica tętniła życiem i kolorami. Tak wiele się działo, że trudno było być wszędzie i spróbować wszystkiego!
A już następnego dnia...od rana trwały przeróżne warsztaty związane ze sztuką uliczną ale także z hand-made, sztuką abstrakcyjną, sztuką muzyczną i filmową. (Gdzieś tu muszę dodać że wszystko o czym tu piszę było darmowe!) A wieczorem...wieczorem miał się odbyć zapowiadany konkurs breakdance, później koncerty RAPowe i afterparty na dachu:D
Wyobraźcie sobie skatepark. Z boku scena gdzie DJ miksuje swoje soczyste kawałki, na środku podium gdzie młodzi, zdolni chłopcy fikają najróżniejsze koziołki na ziemi i w powietrzu, używając dosłownie każdej części swojego ciała, a wokół siedzą, czy stoją ludzie: młodzi, starzy, kolorowi, w hijabach, z rozwianym włosiem, brodaci Arabowie i blond - zagraniczni. Wszyscy razem kibicują breakdancerom i cieszą się wolnym popołudniem. Już za chwilę zaś na scenę wbiegają artyści by kontynuować cały wieczór swoimi muzycznymi występami. I jak na co dzień nie słucham takiej muzyki, tak podczas tego koncertu bawiłam się świetnie! Jedną z raperek była Malikah, libańska piosenkarka o przesilnym głosie i o takiej sile ducha i charakteru, że dosłownie cała scena eksplodowała od jej energii! Niesamowite! Późnym wieczorem wszyscy przenieśliśmy się na after party, na dach jednego hotelu, by wyszaleć się przy dźwiękach elektrycznej muzyki. I znów - to nie koniecznie moje klimaty, a bawiłam się po prostu świetnie!
No dobrze, teraz spróbuję wyobrazić sobie możliwe pytania:
-- Tak, miałam krótki rękawek, a moja koleżanka Hiszpanka nawet koszulkę na ramiączkach i nikt nie popełnił samobójstwa widząc nas w takich ciuchach!
-- Tak, tańczyłam wśród Arabów i z Arabami, nikt nie złapał mnie za pupę ani za nic innego, nikt nie chciał mnie nigdzie zaciągnąć, ba! nikt nie zjadał mnie wzrokiem!
-- Tak, były tam też Arabski i w hijabach i bez - i wszyscyśmy się świetnie razem bawili
-- Nie, nikt mnie nie podrywał, przynajmniej nie bardziej niż w Polsce:D
-- Tak, młodzież piła alkohol, jednak wszystko w granicach rozsądku
Na inne pytania chętnie odpowiem w komentarzach;)
Jaki z tego morał? Wracając do rozważań na temat tych "cywilizowanych" i tych "dzikich". Jesteśmy tacy sami, tak samo szukamy możliwości ekspresji poprzez sztukę, muzykę. Tak samo chcemy czuć się młodzi, wolni, radośni. Tak samo potrafimy się wzruszyć, posmutnieć czy śmiać do rozpuku. Tak samo wiele mamy w sobie talentów, zdolności i piękna. Jesteśmy kolorowi, jesteśmy różnorodni i to jest naszą siłą! Na wzajem ubogacamy siebie, dzielimy się sobą, ubarwiamy nasz świat! To ogromna siła, ogromny potencjał jednak nie zawsze nasze oczy go widzą. Czasem musimy je zamknąć i otworzyć nasze serca. A wtedy odkryjemy jak wiele, wiele dobrego jest w ludziach innych od nas!
Druga sytuacja i związane z nią przemyślenia, którymi chciałam się z Wami podzielić to moja rozmowa z Syryjskimi kobietami, które uczę. Po lekcji, jak to już stało się zwyczajem, moje uczennice zaprosiły nas do mieszkanka jednej z nich na herbatkę/kawkę. Siedziałyśmy sobie i plotkowałyśmy, jak to my kobietki lubimy najbardziej. Rozmowa dotyczyła głównie różnic w naszych społeczeństwach, dotyczących relacji damsko-męskich. Kobiety opowiadały nam ile mają dzieci, w jakim wieku wyszły za mąż (uśredniając za mąż wychodzi się pomiędzy 17 a 23 rokiem życia, 26 to już super późno!, dzieci się ma od 4 do 12, gdzie 4 to super mało:D). My opowiadałyśmy jak to zazwyczaj wygląda w Europie i w pewnym momencie trach! Zderzyły się dwie totalnie różne perspektywy.
Zazwyczaj to my, Europejki, ze współczuciem przyglądamy się tym zahukanym, arabskim kobietom, spędzającym cały dzień w domu, które rodzą dzieci, potem wychowują dzieci, w między czasie gotują, piorą, sprzątają i są na każde zawołanie męża. Dla rodziny zmuszone są poświęcić swoje pragnienia, marzenia, swoje plany i zainteresowania. I o zgrozo, w dodatku muszą się zakrywać, chować włosy, czasem twarze i całe ciała pod obszernymi sukniami. Co to za życie? Do takiego stanu rzeczy, a raczej stanu percepcji przyzwyczaiłyśmy się my, zachodnie kobiety, z przymrużeniem oka słuchając, że to ich dobrowolny wybór, że są szczęśliwe i że to lubią.
Kiedy ja ojojowałam nad tym, że tak wcześnie wychodzą za mąż i że tak wiele dzieci mają, spodziewałam się z ich strony właśnie takiej reakcji: nie, my to lubimy, my się czujemy szczęśliwe. A co dostałam, wręcz zmroziło mnie i odebrało mi mowę.
Moje Panie mi na to że to ONE nam współczują. Że im przykro że nasze społeczeństwo czyni nam taką krzywdę!!! No nie, no jak, no o czym one mówią?!?!?!
A moje kobiety szczerze i głęboko współczują NAM, zachodnim kobietom, że nasze społeczeństwo zmusza nas do pozostawienia domu i rozpoczęcia pracy. Współczują nam, że przez to że musimy pracować, nie mamy czasu i siły na to, by mieć więcej dzieci i by spędzać z nimi i resztą rodziny więcej czasu, że nie możemy zadbać o dom. Patrzyły na nas jak na ofiary jakiegoś okrutnego reżimu, który odbiera nam część naszej kobiecości, tą część która buduje domowe ognisko. Współczują nam też tego, że przez to, że nie zajmujemy się tak jak one domem i dziećmi, nie jesteśmy w stanie zbudować pomiędzy nami takiej relacji, takich więzi jak one. Matka dla Arabów jest najważniejsza, w hierarchii stoi nawet przed żoną. A my? Ich dzieci będą się nimi opiekować, kiedy te się zestarzeją a nasze oddadzą nas do domów dla starców. I bardzo jest im przykro z naszego powodu. Bo dla nich nie ma nic piękniejszego niż budować dom, niż budować rodzinę i dbać o nią. Od najmłodszych lat ich marzeniem jest wyjść za mąż, później mieć wspaniały, ciepły dom pełen dzieci i miłości, do którego każdy chętnie wraca.
Z taką to właśnie percepcją przyszło mi się spotkać. I wytrąciła mnie ona z równowagi. Zawsze to zachodnie kobiety litowały się nad uciemiężonymi arabkami, a tu się okazuję że w ich oczach to my cierpimy pracując, robiąc karierę, czy podążając za swoimi pasjami, bo dla nich szczęście znaczy duży dom. Jednak im dłużej o całym zajściu myślę tym coraz cenniejsze staje się dla mnie. Usłyszeć z ust tych zahukanych kobiet, jak bardzo nam współczują...
Czy w swoich pragnieniach tak bardzo się różnimy? Wiele z nas także marzy o takiej właśnie rodzinie, o ciepłym domowym ognisku. Wiele z nas także zdecydowałoby się pozostać w domu by gotować, piec, dekorować, dbać... Więc aż tak inne nie jesteśmy. Oczywiście, w naszym społeczeństwie przeważa trend ambitnej kobiety, niezależnej, podążającej za swoimi pasjami, rozwijającej się. I dla wielu z nas, dla mnie, to właśnie jest szczęście. Wszystko jednak zamyka się w percepcji, w sposobie postrzegania, rozumienia. To co my rozumiemy poprzez szczęście Arabkom będzie kojarzyło się z cierpieniem. I vice versa, ich idealny dom dla nas będzie wiązał się z ubezwłasnowolnieniem;) Może więc myśląc jedne o drugich nie zakładajmy z góry, że któraś ma gorzej, bo właściwie nigdy do końca tego nie wiemy. Prawdą zaś jest że wcale tak bardzo się nie różnimy, my kobiety we wszystkich częściach świata!;)
Pięknie jest czasem doświadczyć czegoś tak zaskakującego, co poszerza nasze ograniczenia, niczym baletnica w szpagacie. Pięknie jest słuchać o tym, co widzą cudze oczy i o tym co czuje cudze serce. Pięknie jest to oglądać oczami, słuchać uszami i przyjmować sercem! Pięknie tu jest, wiecie!;)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz